Premiera tygodnia: zagubiona tożsamość hitu, tylko chleb zamiast igrzysk

Opublikowano Listopad 25, 2013 | przez Drysus

igrzyska

Są takie filmy, na które czeka się tygodniami. Z utęsknieniem, odwołując po drodze weekendowy wyjazd z koleżankami i rezygnując z najlepszych melanży, byle tylko w dniu premiery, punktualnie o godzinie X, zasiąść wygodnie w kinowym fotelu i z wielką paką popcornu na kolanach wlepić wzrok w ekran. Są takie filmy. Sam powtarzałem ten scenariusz wielokrotnie, ale dopiero teraz, po raz pierwszy przy okazji hitu tak ogromnego kalibru, wyszedłem z sali zawiedziony.

Sequel zawsze ma problem. Z jednej strony musi zachować tożsamość i styl poprzedniczki, a z drugiej nie paść ofiarą do bólu banalnego obkucia akcji. Na „Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia” szedłem z ogromnymi oczekiwaniami, bo pierwsza część najpierw wyrwała mnie z butów, a następnie z impetem wcisnęła w fotel, nie pozwalając ani przez moment odetchnąć. Przed seansem zawiesiłem filmowi poprzeczkę wysoko, ale od budżetówki na poziomie 130 milionów dolarów (ponad 50 „kafli” więcej niż w przypadku jedynki) miałem prawo wymagać „czegoś więcej” niż wciśniętą w wypożyczone z pierwszej lepszej wytwórni pornosów lateksy Jennifer Lawrence.

Przeglądam na Twitterze komentarze piszczących z zachwytu dziewczyn. Czytam obrzydliwie wylukrowane recenzje. Chłonę obłędne statystyki (tylko premierowy weekend przyniósł wpływy zgrabnie przekraczające magiczną barierę 150 mln dolarów) i zastanawiam się, czy aby na pewno puścili mi ten sam film. Tylko gdzieniegdzie słychać głosy rozsądku, które nie boją się powiedzieć: ej, kurwa, co to było!?

Akcja rozkręcała się przez bite półtorej godziny, co jest chyba światowym rekordem gatunku. Fajnie, że dostałem na tacy odpowiedzi na wiele nurtujących mnie po pierwszej części pytań, ale co z tego, skoro przyjemności nie było w tym za grosz? Skoro znudzony co chwilę wierciłem się w fotelu? Adrenalina jak podczas spaceru między wiewiórkami w warszawskich Łazienkach. Półtorej godziny męczenia buły, o ironio, w filmie akcji!

Dobra, może chociaż dech zaparło, jak już ten stary maluszek się wreszcie rozpędził? A skąd, gdzie tam. „Akcja”, sól filmu, trwa może z pół godziny, więc zanim zdążyłem się wyluzować po kiepskim początku, już trzeba było się zwijać. Taki budżet, tyle pompowania balonika, a na koniec triumfujący komercjalizm, bezczelnie śmiejący mi się w twarz.

Na wielu premierach byłem, kilka naprawdę znakomitych filmów obejrzałem, sporo gniotów też zaliczyłem, ale szczerze? W życiu nie widziałem tylu osób wychodzących w trakcie seansu. I wiecie co? I tak pójdziecie na ten film. Kto widział jedynkę, ten dwójki po prostu nie odpuści. I na trójkę też wyda dwie dychy. Tylko z góry uprzedzam: nie oczekujcie fajerwerków. Raczej przynudzania i trochę smutnego pierdolenia o „miłości” na dwa fronty.

Cóż, chciałem igrzysk, a dostałem samego chleba.

Komentarze

Dynamika akcji
Lateksowe wdzianko Lawrence
Nieprzewidywalność wydarzeń
Scenografia

Podsumowanie: Do teraz bolą mnie oczy po seansie, a wyszedłem z kina dwie doby temu.

3.5


Ocena użytkowników: 2.7 (4 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑