Prezenter pogody – zawód społecznie skompromitowany

Opublikowano Marzec 20, 2013 | przez ZP

pogodynki

Polityk to najbardziej znienawidzony zawód w Polsce? Może i tak, ale nie dla mnie. Moim numerem jeden jest prezenter pogody.

Mam ochotę ustawić Dorotę Gardias, Tomasza Zubilewicza i Jarosława Kreta pod murem, a następnie ich roztrzelać. Nie kulami, to byłaby przesada, ale jajkami i pomidorami. Chciałbym patrzeć jak ci ludzie cierpią. Byłoby to wyrównanie rachunków – ja przechodzę przez nich męki od lat.

Zubilewicz przed kamerą sprawia wrażenie dobrego wujaszka. Takiego co to podszczypie młodą na weselu pod stołem, a potem rubasznie się zaśmieje. Takiego, który wywija na parkiecie piruety, nie zwracając uwagi na to, że pod pachami ma wodospad Niagara.

Kret jest dla mnie typowym plejasem w kryzysie wieku średniego. Włosy wymuskane jak u włoskiego mafiozo plus opalenizna typu: gwiazda sopockiej plaży. Przed telewizorem tego nie czuć, ale założe się, że gdy ma dyżur operatorzy kamer pracują w lekarskich maskach – w innym przypadku zapach perfum Jarka by ich zabił. Albo przynajmniej otumanił na czas trwania prognozy.

Gardias tymczasem stylizuje się na odpowiednik trzydziestoletniej Alexis z „Dynastii”. Te ruchy, ta gracja, te stroje. Pasuje do balu arystokracji w Wiedniu, a nie do studia TVN-u.

Każda z tych osób ma więc zupełnie inny image. Łączy ich za to co innego: szczerzą do nas nieustannie swoje wybielone, szpanerskie kły mówiąc przez x dni w roku, że ten śnieg, który mamy za oknem, za chwilę się roztopi. Przekonują, że niebawem, za dosłownie kilka godzin, polskiemu narodowi objawi się słońce. Rześkie, ciepłe, usuwające skutki zimowej depresji.

Gówno prawda.

Tak na oko w 60% przepowiednie, którymi nas raczą, się nie sprawdzają. Ja wiem, że to nie jest wina Zubilewicza, Kreta czy Gardias – oni prezentują pogodę, a nie są meteorologami, ale tak naprawdę mało mnie to obchodzi.

Dla mnie ci ludzie już na zawsze pozostaną synonimem kłamstwa. Skoro częściej sprawdzają się prognozy polityków czy ekonomistów niż pogodynek i pogodynków (co za debilne słowo), to znaczy, że jest to zawód społecznie skompromitowany.

Ja bym zakazał im pracy przy prognozie i pozwolił się zająć tym, co lubią najbardziej: celebrytowaniem. Niech Kret szpanuje przed opinią publiczną kolejnymi podbojami miłosnymi, Gardias drogimi ciuchami, a Zubilewicz dowcipami. Niech zawód prezentera pogody przestanie wreszcie, do jasnej cholery, istnieć. Zamiast wygłaszającej brednie osoby stacje mogą na pasku puszczać suchą przepowiednię tego, co nas czeka. Wtedy nawet gdy się ona nie sprawdzi, nie będziemy mieli pretensji do konkretnego człowieka tylko do bliżej niezdefiniowanego absolutu.

No, może się trochę zapędziłem. W sumie zostawiłbym jedną pogodynkę – Agnieszkę Cegielską.

Nie wiem dlaczego, ale mam do tej babki ogromną słabość. Znam wiele dziewczyn z telewizji i z radia z ładnymi głosami i buziami, ale tylko kiedy słyszę i widzę Cegielską mam dreszcze. Większe niż Agnieszka Chylińska w „Mam talent”, zapewniam. I tak jest zawsze, serio.

Dziewczyna budzi we mnie takie uczucia, jakie rodziła w Panu Tadeuszu Zosieńka: wyobrażam sobie, że myślał jednocześnie o tym, żeby ją przytulić i mocno zerżnąć. Że chciał posłuchać jej głosu, ale też ciągle jej przerywać, żeby popisać się swoją elokwencją.

Ja mam dokładnie tak samo z Cegielską. Dobrze, że nie spotkałem jej na jakimś branżowym evencie, bo pewnie straciłbym panowanie nad sobą. Uśmiechnąłbym się debilnie, a potem spróbował zafascynować ją faktem, że mogę zrobić w smokingu kilkadziesiąt pompek bez zadyszki. Albo że znam kilka wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego na pamięć.

Tak czy siak wyszedłbym przy niej niechybnie na idiotę i pewnie nie dałaby się zaciągnąć do mnie w inny sposób niż poprzez stare, dobre neandertalskie oszołomienie maczugą.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑