„Proszę wymienić kapary na oliwki.” Życie z wybredną kobietą to koszmar.

Opublikowano Maj 23, 2013 | przez MB

wybredna

Mój kolega zje wszystko. Mięcho, zieleninę, tofu, cokolwiek. Jego dziewczyna jest wegetarianką o niecodziennych nawykach żywieniowych. Dziewczyna z niekłamaną szczerością opowiedziała mi, jak bardzo jej chłopak ma z nią przesrane.

Gdyby w grę wchodził wyłącznie wegetarianizm, nie byłoby żadnego problemu. On jadłby schabowego, ona pierogi ze szpinakiem. On kebab z wołowiną, ona tortillę z jajkiem. Problem jednak polega na tym, że dziewczyna oprócz tego, że nie je mięsa, nie je również tysiąca innych produktów. Właściwie je trzy na krzyż, głównie ser.

Teoretycznie może być to ser pod każdą postacią. Zazwyczaj jest to jedyny ratunek dla mojego kolegi, który na chacie ma go pod dostatkiem. Jednak uwaga: jeżeli ser żółty, to wyłącznie bez dziur! Degrengolada na sto fajerek.

Rzadko kiedy w jego lodówce można znaleźć takie frykasy, jak suszone pomidory, rukola, mozarella, czy humus. Z wyjątkiem wyrobów mięsnych zaopatruje się w ogórki (zarówno tzw. świeże, jak i kiszone oraz konserwowe), pitne jogurty, wafle ryżowe, ketchup, batoniki musli, biały chleb, margarynę, sałatki garmażeryjne, za którymi jego dziewczyna nie przepada. Odpadają też kalafior, brokuły, brukselka, marchewka, a największą nienawiścią darzona jest… PIETRUSZKA.

Pietruszka to osobny rozdział w życiu zaznajomionej pary. Zakazana pod groźbą odcięcia członka i palców u stóp. Niedopuszczalna w jakiejkolwiek potrawie. Kiedy omyłkowo znajdzie się w sałatce, albo na gnocchi, drżyjcie kelnerzy i kucharze.

– Nienawidzę jej najbardziej na świecie – podkreśla koleżanka.

I jednocześnie współczuje swojemu chłopakowi, a mojemu koledze, bo w niechęci do zielonych listków pietruszki potrafi być bardzo radykalna.

Najciężej jest w restauracjach. Poszukiwanie odpowiedniego miejsca na obiad zazwyczaj kończy się zwiedzeniem co najmniej pięciu, sześciu lokali i skorzystaniem z toalety na krzywy ryj. Zbyt mało potraw wegetariańskich, brak ochoty na którekolwiek danie z menu, kelner nie godzi się na wymianę składników. Kiedy się zgodzi, połowa sukcesu za nimi. Podobno jeszcze nigdy w życiu, a moi znajomi są ze sobą już ponad rok, nie zdarzyło się, aby jakakolwiek potrawa spełniała w stu procentach oczekiwania partnerki. Za każdym razem zgrywa MasterChefa. Za dużo, za mało, za słone, za gorące, po co ta surówka, po co te kiełki, zamawiałam z kaszą jaglaną, a nie gryczaną. Zazwyczaj mi smakuje, ale dzisiaj im nie wyszło, szpinak za suchy, ciasto zbyt pulchne. A chłopak siedzi z napchanym ryjem i kompletnie nie wie, o co jej chodzi.

Często siedzi też z oczekującym i trochę już wówczas zniecierpliwionym żołądkiem dłużej niż by mógł, gdyby na obiad przyszedł sam. Zamówienie musi zostać poprzedzone szeregiem pytań do Bogu ducha winnego kelnera. Pytania są przeróżnej maści. O zupę dnia, o rodzaj dodawanego pieczywa, o to, czy jest możliwość podgrzania kanapki, o to, czy aby na pewno to wegetariańskie risotto nie ma w sobie mięsa. Później przychodzi czas na sugestie. Może weźmiemy jedno danie na pół? Może weźmiemy dwa i każdym się podzielimy? Może każde zamówi dla siebie, a trzecie poprosimy na wynos? Może Pani wreszcie zamówi, bo sterczę tu już dwadzieścia minut i w dodatku zachciało mi się siku? Wyczerpany kolega, któremu właściwie wszystko jedno, godzi się na każdą propozycję, byle już tylko złożyć zamówienie i uratować kelnera spod gradobicia pytań.

Dziewczyna mówi, że mój kolega raczej stroni od gotowania. Między słowami narzeka, że nigdy nie przygotował jej obiadu, że nie jest tak romantyczny, jak mężczyźni z filmów. Przyznaje przy tym, że zdarza mu się dbać o śniadania. Kiedy jednak przypomni sobie swoje reakcje na gotowy posiłek, przestaje się dziwić jego niewielkiemu zaangażowaniu w kulinaria.

– Praktycznie zawsze coś poprawiam. Niby pamięta o tym, co mi smakuje i zazwyczaj dobiera odpowiednie składniki, ale jak już je widzę, to wolę zrobić z nich coś sama. Dosalam, przekładam, podpiekam chleb w tosterze, czasem proszę, by skoczył do sklepu po coś jeszcze, choć całkowicie zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie to, co zrobił, byłoby bardzo smaczne bez moich poprawek.

Najbardziej łączą ich makarony, które oboje mogą jeść w dowolnych ilościach i przeróżnych konfiguracjach. Właściwie wszystko rozbija się nie o konkretne produkty, bo chłopak je praktycznie wszystko (nie cierpi jedynie cukierków anyżowych), a o chimeryczność i humorzastość kulinarnych gustów dziewczyny. Jednego dnia sałata jest w dechę, drugiego już nie. Jednego dnia włoska restauracja to spełnienie marzeń, drugiego już zwykła knajpa. Czasem Coca-Cola (broń Boże, Pepsi) to napój bogów, czasem napój śmierci. Niezmiennie dobra pozostaje tylko cienka pizza po grubej imprezie.

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑