„Przełęcz ocalonych”, czyli Mel Gibson rzuca wyzwanie Szeregowcowi Ryanowi

Opublikowano Listopad 19, 2016 | przez lucky bastard

file.przelecz-ocalonych

Jeśli od wyjścia do kina oczekujecie czystej rozrywki, dobrej zabawy, solidnej popcorniady, „Przełęcz ocalonych” nie jest dla was. Jeśli natomiast chcecie, by film was poruszył, wstrząsnął wami do kości,to wtedy najnowsza produkcja Mela Gibsona jest jazdą obowiązkową – to raczej film pod upicie się whisky i ramę papierosów niż popcorn. Pamiętajcie, że to ten sam facet, który hiperrealistycznie nakręcił mękę Chrystusa w „Pasji”. Ten sam realizm teraz przekłada na bitwy wojenne, przez co film czasem skręca z gatunku wojennego… w gore. Ale przecież Gibson tego nie wymyślił, nie przejaskrawił, tak wygląda wojenna rzeczywistość.

Głównym bohaterem filmu jest Desmond Doss, pacyfista idący na wojnę. Nie chce tknąć broni nawet raz, czy to podczas szkolenia, czy już na froncie. Chce ratować ludzi, a nie zabijać. Przełożeni zarzucają mu absurd – jedziesz na wojnę i nie chcesz zabijać? On ma równie rozsądną argumentację: nigdzie medyk nie może uratować więcej istnień, niż na polu bitwy. Oczywiście jego postawa nie jest lekko traktowana przez przełożonych i kolegów, ale gdy przychodzi chwila próby, Doss dokonuje cudu. Co najistotniejsze – historia nie jest zmyślona, Doss naprawdę istniał i naprawdę dokonał wielkich czynów. Są w filmie takie sceny, które wydawały mi się przerysowane, komiksowe, aż tak niewiarygodne: na przykład gdy wdzięczny Dossowi oddział wyprawia się pod ostrzał, by uratować… biblię Dossa. Innym razem Doss z półwoleja traktuje granat. Ale cóż, prawdziwy Doss wspomina, że tak właśnie było! I co tu zrobić?

Porównania do „Szeregowca Ryana” piszą się same. Tu i tam epicka historia wojenna, tu i tam sceny batalistyczne, które wgniatają w fotel. Już sam fakt, że możemy „Przełęcz ocalonych” przyrównać do lądowania na plaży Omaha z „Ryana”, mówi wiele. Ale jeśli tamte sceny uważaliście za zbyt brutalne, zbyt „dosłowne”, to seans z „Przełęczą” nie ma sensu. Po prostu nie dacie rady. Takiego pola bitwy jeszcze na ekranie nie widzieliśmy. Żołnierze biegający po poszarpanych ciałach. Rozkładające się zwłoki, na których żerują szczury. Co chwila ktoś płonie, kogoś rozsadza, ktoś dostaje brutalną serię. Niektórzy po prostu nie wytrzymają, bo bitwa nie trwa jak w „Szeregowcu” kilka minut, ale długi czas, a jest naprawdę poruszająca.

Taka jest prawda o tym filmie – zostanie zapamiętany na lata przez swoje sceny batalistyczne. Desmond Doss ma intrygującą historię, a Andrew Garfield ma murowaną nominację do Oscara za rolę. Pozytywnie zaskakuje Vincent Vaughn, którego kojarzymy głównie z pseudohumorystycznych ról, a tutaj gra poważną, przekonującą postać, a mimo to potrafi subtelnie i skutecznie we wcześniejszych fragmentach filmu przemycić szczyptę dobrej klasy humoru. Niemniej wszystko blednie i karleje w perspektywie – człowiek zostaje z wstrząsającymi obrazami bitwy.

Krytycy w Stanach zarzucają Gibsonowi, że opowiada o pacyfiście, o kimś, kto gardził przemocą, a zarazem film tą przemocą epatuje na skalę, jakiej w kinie nie widziano. Według mnie natomiast to nie jest chybione, a genialne. Trafne. Jakby przedstawić historię Dossa w – jakkolwiek to zabrzmi – cukierkowej, odrealnionej barwie, przestało by mieć moc. A tak, zestawiając opowieść idealisty z najbardziej brutalnie przedstawioną rzeczywistością wojenną, jego opowieść nabiera mocy.

 

Komentarze

Brutalność scen
Emocje podczas seansu
Filmowy wybór na randkę
"Wykonanie" Andrew Garfielda

Podsumowanie: Krytycy w Stanach zarzucają Gibsonowi, że opowiada o pacyfiście, o kimś, kto gardził przemocą, a zarazem film tą przemocą epatuje na skalę, jakiej w kinie nie widziano. Według mnie natomiast to nie jest chybione, a genialne.

3.8


Ocena użytkowników: 4.1 (3 głosów)

Tagi: , , , ,



Back to Top ↑