Przemysław Bluszcz. Bohater

Opublikowano Czerwiec 26, 2013 | przez MB

bluszcz 2-png

Pierwszoplanowych ról w głośnych filmach nie dostaje prawie wcale. Za to zagrał we wszystkich najważniejszych produkcjach ostatnich lat. Jego domeną są role gestapowców, rzezimieszków i alfonsów. Obecnie błyszczy na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego w premierowym spektaklu „Zamek” Marka Fiedora. Przemysław Bluszcz, aktor niedoceniony.

„Drogówka”? Grał. „Jesteś Bogiem”? Grał. „Yuma”? Grał. „80 milionów”? Grał. „Zero” – grał, „Hel” – grał, „Mała Moskwa” – grał, „Ile waży koń trojański?”, „Świadek koronny”, „Skazany na bluesa” – grał, grał, grał. Zaliczył też epizody w takich filmach jak: „Generał – zamach na Gibraltarze”, „Mała matura 1947”, „Niebo”.

Niedługo pojawi się w „Wałęsie”. Był w „Kac Wawie”, ale akurat jemu uszło to na sucho.

Gustuje w kinie niezależnym, nie boi się ról w filmach niekomercyjnych. Mocnym akcentem w jego wykonaniu zakończył się występ w filmie „W dół kolorowym wzgórzem”, gdzie stworzył wyrazistą postać Tadka i obok Rafała Maćkowiaka był motorem napędowym obrazu. Potem zagrał policjanta w skromnym „Jestem” Doroty Kędzierzawskiej, tworzył trzon segmentu „Morze” w „Odzie do radości” oraz zdecydował się na rolę w krótkich metrażach: „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” w reżyserii Kuby Czekaja oraz w „Strażnicy” autorstwa Krzysztofa Szota.

Sprawdza się w komediach. Swoim talentem ratuje przeciętną „Być jak Kazimierz Deyna”, bawi małą rólką w czarno-śmiesznej „Kołysance”, jest znakomity w czesko-polskiej „Operacji Dunaj”.

Rozchwytują go twórcy seriali. Gościnnie pojawiał się od „Na dobre i na złe” przez „Ojca Mateusza” aż po „Komisarza Alexa”. Najlepszy był w „Mroku” Jacka Borcucha, gdzie wykreował kultową postać policjanta Michała Grosza.

Być może najzdolniejszy aktor swojego pokolenia (ur. 1970). Wszechstronny, z ciekawą aparycją, naturalny. Wyzbyty jakiejkolwiek maniery. Gra na luzie, z lekką dozą nonszalancji, której nie szczędzi w spektaklu „Zamek” na podstawie powieści Franza Kafki. Dla Wrocławskiego Teatru Współczesnego jego przyjazd okazał się zbawienny. Po kilku średnich premierach („Kotlina” Agnieszki Olsten, „Życie jest snem” Lecha Raczaka) zatrudnienie do głównej roli Bluszcza okazało się najlepszym krokiem nowego dyrektora i znacząco podniosło notowania WTW.

W sztuce gra K. – faceta słuchającego rock’n’rolla, podróżującego autostopem, palącego trawkę i twardo dążącego do wyznaczonego celu. Czyli trochę siebie. Nie wiem, jak u niego z używkami, ale o dobrym guście muzycznym miałem okazję się przekonać. W swoich zawodowych wyborach wydaje się bardzo konsekwentny. Nie idzie na łatwiznę. Mocno wierzy w teatr. Występował na deskach Teatru Dramatycznego w Legnicy, Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, a obecnie świetnie sobie radzi w stołecznym Teatrze Ateneum.

Robi wrażenie wiecznego chłopca, który życiu chce wyrwać, ile tylko się da. Choć twarzy wcale chłopięcej nie ma. Z wyglądu raczej srogi, o groźnym spojrzeniu. Nie da się ukryć, że większość ról otrzymuje po tzw. warunkach. W obcowaniu z ludźmi jest jednak spokojny, elegancki i towarzyski. Trochę z dziecka też musiało w nim zostać. Na PWST we Wrocławiu ukończył wydział lalkarski. Stąd pewnie ciągoty do dubbingu („Auta 2”, „Giganci ze stali”, „Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część I”).

Wielbi sztukę. Z naciskiem na wspomnianą muzykę. Tak twierdzi jego facebook’owy fanpage. Wymienia również ulubione cytaty aktora, z których wiele można o nim wyczytać. „Ja znam twoje chwyty, ty znasz moje – tracimy czas”, „kto nie maszeruje, ten ginie”, „… trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba…”.

Tych dróg szuka m.in. w spotkaniach z młodymi aktorami (prowadząc z nimi warsztaty) oraz w radiu. Jeszcze dwa lata temu aktywnie działał w Teatrze Polskiego Radia.

Z kolei na 2013 rok zapowiedziane są jeszcze aż cztery filmy z jego udziałem: „Wałęsa”, „Gabriel”, „Ambassada”, „Ostatnie piętro”.

Niestety znów nie będą to duże role, jednak popyt na Bluszcza ewidentnie jest. I właściwie chyba wcale tych pierwszoplanowych mu nie potrzeba. Często w cieniu, ale robi swoje. Fachowo. Wielokrotnie udowadniał, że nie powinno się go szufladkować z oprychami. W „Zamku” gra pierwszorzędnego amanta. Laski na niego lecą. Na ekranie zamiast obijać mordy często ratował ludziom życie („Ratownicy”), leczył („Sprawiedliwi”), tropił złoczyńców („Paradoks”), wychowywał („Być jak Kazimierz Deyna”) i nawracał („Made in Poland”).

Bohater.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑