Przerwa w treningach – fajny czas? Nie sądzę…

Opublikowano Październik 22, 2013 | przez Dżordż

bieganie

W poniedziałek wieczór zaliczyłem pierwszy bieg po trzech tygodniach pomaratońskiej przerwy. Cudowne uczucie, nawet jeśli trwał tylko 40 minut, nawet jeżeli przez większą część czasu człapałem.

W ciemno strzelam, że wielu czytelników Wyszło biega. Jedni mniej, inni bardziej poważnie. Pewnie niejeden z Was ogarnął tej jesieni półmaraton, niejeden przebiegł też pełne 42 km i 195 m. Każdy ze sportowców-amatorów wie, jak ważna jest regeneracja. Czas, kiedy można odpocząć od treningów. Fizycznie, a także – co pewnie ważniejsze – psychicznie.

Szczerze? Dawno nie byłem wkurwiony tak bardzo, jak podczas ostatnich 21 dni. Świadomość, że nie mogę biegać mnie dobijała. Kiedy przychodził czas, który normalnie poświęcałem na zajęcia, trafiał mnie szlag. Nie mogłem czytać, pisać ani oglądać telewizji. Myślałem tylko o tym, że WŁAŚNIE TERAZ powinienem być na dworze. Cieszyć się powietrzem. Muzyką. Wolnością. Sportem.

Raz czy dwa wskoczyłem już nawet w dres, stawałem już w blokach startowych, ale ostatecznie nic nie robiłem. Zwyciężył rozsądek, czytaj trener, który mnie zjebał.

– Relaksuj się chłopie. A jak już musisz coś robić, idź na basen. Albo squasha – mówił.

Poszedłem. Lubię pływać, odbijać piłeczkę od ściany również. Fajne zajęcia, tyle że nie dają nawet 10% tej satysfakcji jaką osiągam przy treningu biegowym. Zamiast joggingu znalazłem sobie więc inne równie przyjemne zajęcie: niezdrowe jedzenie i picie. Kebaby, pizze, hot dogi ze stacji, czasem jakaś whisky lub białe wino. Żyło się, a co! A że przybyło trzy kilogramy? Cóż, każda przyjemność kosztuje.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Godzina 0. Od rana byłem irracjonalnie podniecony, zupełnie jakby wieczorem czekała mnie randka z najładniejszą laską w życiu, a nie krótki trucht. W myślach obśmiewałem mój rozentuzjazmowany stan, nazywając się przy okazji wariatem. Ale kiedy już zawiązałem buty, odpaliłem w słuchawkach Eldo i pobiegłem (dobra, potruchtałem), było bosko.

– Co ciebie tak właściwie kręci w całym tym bieganiu? – we wrześniu słyszałem ten tekst naprawdę często. Znajomi nie mogli nadziwić się, że w ciągu miesiąca chciało mi się odfajkować dwa półmaratony i maraton. Nie miałem gotowej odpowiedzi na to pytanie. Bo i chyba tak naprawdę takowa nie istnieje. W bieganiu fajne jest to, że za każdym razem daje ci coś innego. Gdy jesteś po ciężkim dniu w pracy – reset. Kiedy pokłóciłeś się akurat z dziewczyną – spokój. Gdy nie masz pomysłu na tekst – natchnienie. Ile problemów, tyle rozwiązań podczas joggingu, serio.

Oczywiście są też inne plusy, takie jak zdrowa, sportowa sylwetka, możliwość poznania kogoś ciekawego w trakcie zajęć lub dotarcia do takich zaułków swojego miasta, o istnieniu których nie wiedziały nawet wasze babcie.

Wszystko to sprawia, że człowiek tęskni za bieganiem już po chwili zasłużonego i potrzebnego odpoczynku, chociaż na zdrowy rozum nie powinien. Bo przecież czarny paznokieć jeszcze nie zdążył zejść z palca u stopy, a naciągnięty mięsień pośladka ciągle boli. Bo przecież w głowie ciągle pozostaje pamięć nieludzkiego zmęczenia, jakie objawiło się na 35 kilometrze biegu w Warszawie. Wiem o tym wszystkim, a mimo to chcę ćwiczyć. Nie przeraża mnie wizja kolejnych miesięcy biegu w zaspach śnieżnych, sięgających niemalże po jaja, przy tak ujemnej temperaturze, że odsłonięcie nosa choćby na kilka sekund grozi jego niechybnym odmrożeniem.

Wiem, że na tych łamach jeszcze nie raz będę przeklinał treningi, pisał, że mam dość, że nie chce, że już nie wyrabiam, że pora zająć się czymś innym. Wiem, że taki stan złapie też prawie każdego z Was. Mam prośbę: gdy to się już stanie, przypomnijcie sobie dwie kwestie – satysfakcję, jaką czuliście na mecie pierwszego dłuższego w życiu biegu i tęsknotę, która dopadła Was za ruchem podczas roztrenowania.

Na sto procent pomoże.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑