Przeżył 438 dni na oceanie. Teraz musi udowadniać w sądzie, że nie zjadł towarzysza

Opublikowano Styczeń 11, 2016 | przez ZP

alvarenga główna

Przeżył 438 na Pacyfiku żywiąc się surowymi rybami, często pijąc własny mocz, aby się nie odwodnić. Zaginiony podczas burzy, dryfujący przez tysiące kilometrów, cudownie odnaleziony. Do tej pory jest cukierkowo, ale czas dodać zwrot akcji rodem z serialu HBO: po powrocie zamiast cieszyć się spokojem, musi szarpać się z prawnikami i rodziną zmarłego współtowarzysza, która oskarża go o… zjedzenie ich syna. Ktoś powiedział kiedyś, że życie pisze najlepsze scenariusze – z tym jeszcze można dyskutować. Ale czy pisze najdziwniejsze? To już na pewno.

Zacznijmy tam, gdzie zaczęła się ta niesamowita historia: siedemnasty listopada, 2012 rok, Salvador Alvarenga wypływa w morze łowić. Celuje w liczbę ryb, która pozwoliłaby mu – powiedzmy – zarobić kwotę, przez którą można przeżyć tydzień. Salvador wypływa nie ze swoim przyjacielem jak zwykle, ale z zastępcą, młodym chłopakiem Ezequielem Cordobą, który ma dostać pięćdziesiąt dolarów za robociznę.

W łodzi są zapasy na dwa dni, radio, GPS, narzędzia do silnika, szesnaście galonów wody, siedemdziesiąt galonów benzyny, 23 kg sardynek, haczyki, harpun, noże, komórka w plastikowej torebce, co by nie zamokła. Do tego 91 kilo lodu, aby móc przetransportować złowione ryby w dobrym stanie.

Niestety, wkrótce zamiast planowanego, spokojnego połowu, zaczyna się piekło. Ich skromna łódź absolutnie nie jest przygotowana do gorszych warunków. Urywa się kontakt, a gdy go odzyskują, nie są w stanie podać koordynatów, gdyż jest już po GPS. Potem zepsuł się silnik, co sprawiło, że byli skazani na dryf. Przy gorszej pogodzie nie mogli spać, zasuwali przez cały czas opróżniając wodę. Większość rzeczy musieli się pozbyć już pierwszej trudnej nocy, aby nie zatonąć.

Po utracie haczyków Alvarenga uczył się łowić ryby gołymi rękami, żywili się też żółwiami morskimi, ptakami – wszystko na surowo, ewentualnie wysuszone na łodzi. Pito własny mocz, by się nie odwodnić.

Czasami udaje im się znaleźć śmieci, które unoszą się na wodzie, a które pozostawione są przez transportowce. Butelki są gromadzone, pewnego razu udaje się znaleźć kapustę, raz plastikową paczkę gum do żucia, które w tak spartańskich warunkach były czymś nieopisanym.

Niestety dni mijały, a sytuacja specjalnie się nie zmieniała. Alvarenga przyzwyczaił się do życia na łodzi, ale młody Cordoba zaczął się sypać psychicznie. Przestał jeść, pić, nie miał sił, pogrążył się w depresji. Zmarł po około stu dniach od wypłynięcia. Alvarenga został sam.

Trudno sobie wyobrazić jak gruntowna to zmiana – tak, jesteś w totalnej dupie, ale przynajmniej z kimś, jest do kogo gębę otworzyć, jest z kim się dzielić tą sytuacją. A tak został tylko on i ocean samotności. Przez pierwsze noce nie był w stanie pogodzić się ze śmiercią Cordoby, rozmawiał do niego tak, jakby ten żył. Dopiero po wielu godzinach z siłą uderzyła go prawda: cały dzień rozmawiam ze zwłokami. Zostawił rzeczy Cordoby, które mogły się przydać, na przykład części ubrania, a jego samego „odesłał” za burtę.

Nie dał się, w samotności walczył równie mocno, ale ta musiała odcisnąć na nim piętno, szczególnie, że przecież do tego dochodziła osobliwa dieta i osłabienie. Potrafił halucynować godzinami – jednoosobowa łajba przepełniona szaleństwem.
Gdy 438 dni po wyruszeniu na połów dojrzał ląd, nie były to zwidy. Jego ostatnia szansa, pewnie długo by już nie pociągnął, ale udało się dopłynąć. Było to Tile Islet, jedna z maleńkich wysepek Ebon Atoll, archipelau Wysp Marshalla – przebył kilka tysięcy kilometrów dryfując. Miał szczęście, była zamieszkana przez tubylców, odratowali go.

WYSPA, NA KTORA PADL

Tu historia wcale się jednak nie skończyła. Alvarenga przeszedł  szereg badań, przeprowadzono z nim wnikliwe wywiady, nawet testy wykrywaczem kłamstw. Choć niedowiarków i tak nie brakuje, to im bardziej wgryzać się w temat, tym bardziej okazuje się to historia spójna (w ocenie znawców tematu, na przykład oceanologów), wiarygodna, której nie byłby w stanie zmyślić.

Kością niezgody są, jak zwykle, pieniądze. Alvarenga jest w posiadaniu historii wartościowej nie tylko do opowiedzenia przy kominku, ale także to także doskonały materiał na  wzruszający film, na który ludzie z całego świata będą walić drzwiami i oknami. Książka o jegoprzygodach – „438 dni” – niedawno się ukazała piórem dokumentalisty, który wcześniej pisał między innymi o uwięzionych wiele dni pod ziemią górnikach.

Tymczasem prawnik, z którym pierwotnie podpisał kontrakt, chce od niego milion dolarów za zerwanie umowy. Co ciekawe, ten gość został też przedstawicielem… rodziny Cordoby, która najpierw chciała 50% zysków z książki, a teraz sądzi się z naszym bohaterem o zjedzenie ich syna.

Ta historia jest tak pokręcona, że zastanawiamy się tylko kto i kiedy zabierze się za jej sfilmowanie. Nie pomijając wcale wątku już po uratowaniu. Cast Away i Tom Hanks nie mają szans w zderzeniu z opowieścią meksykańskiego rybaka.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑