Przy czym biegam x kilometrów miesięcznie

Opublikowano Styczeń 26, 2013 | przez Dżordż

biegaczka

Przy jakiej muzyce najlepiej się biega – ten temat wraca do mnie częściej niż paparazzi do Dody. Pytają znajomi, przyjaciele, ale i obcy ludzie z mojej firmy, którzy wiedzą, że od kilku ładnych lat intensywnie uprawiam jogging.

Akurat jestem po siedemdziesięciominutowym, wyczerpującym biegu po terenie pofałdowanym, który wydatnie pomogła mi przetrwać muzyka. Gdyby nie była dobrze dobrana, gdyby nie dodawała mi zajebistego powera w najważniejszych momentach, nie dałbym rady wykonać treningu w tak ciężkich warunkach – przy minus 7 stopniach i szalejącym wietrze.

To chyba dobry moment do tego, żeby napisać coś więcej o tym jaka muza jara mnie podczas biegu.

Housowe miksy i mocne, metalowe pierdolnięcie. Często czytam na forach o tym, że długodystansowcy słuchają w trakcie treningów przebojów z tych światków. Może i tak jest, nie wiem. Mnie te klimaty specjalnie nie kręcą. Włączyłem sobie kiedyś dla próby Judas Priest, Avicii czy Fatboy Slim i jakoś nie poczułem bluesa. Nie było tak, że dobrze zmiksowany kawałek lub utwór pełen gitarowych solówek wprawił mnie w trans. Ok, słuchało się tego nieźle, ale nie na tyle, żeby powiedzieć: wow, to jest moja muza do ćwiczeń.

Na co dzień słucham jazzu. Lubię te wszystkie oldschoolowe hity Milesa Davisa, Johna Coltrane’a, Dizziego Gillespie czy Theloniousa Monka. Starsi panowie z klasą są idealni na długie, zimowe wieczory, szczególnie te spędzane z kobietą. Ale… do biegania też się nie nadają.

Co więc znajduje się na mojej playliście? Właśnie odpalam telefon i patrzę. Opiszę wam pare piosenek jakie w nim mam z uzasadnieniem, dlaczego je wybrałem.

1) Adele – Set Fire to the Rain (wersja koncertowa) – ta babka zdecydowanie nie nadaje się na okładkę Playboya, ale ma coś takiego w głosie, co sprawia, że niemal frunę gdy jej słucham. Zapominam o tym, że biegnę i że jestem zmęczony, koncentruję się na tym, jak śpiewa.

2) Raz Dwa Trzy – W wielkim mieście – Niski, chropowaty głos Adama Nowaka idealnie pasuje na te momenty joggingu, w których biegniesz wolniej, odpoczywasz. Przy tej piosence czuję się totalnie zrelaksowany, jak po dobrym, godzinnym masażu.

3) Coldplay – Paradise – w ostatnich tygodniach nie dało się włączyć telewizora na dłużej niż godzinę i nie obejrzeć traileru „Życia Pi”. Piosenką, która leci w tle, jest właśnie Paradise. Po kilku takich reklamach nuciłem ją sobie pod nosem, uznałem, że warto załadować do komórki i się z nią przebiec. Po tym eksperymencie stwierdzam, że pasuje do zimowego biegania równie dobrze, co szpilki do nóg Penelope Cruz.

4) Rihanna – Diamonds, We Found Love – od kiedy pamiętam, przy każdej piosence Rihanny biegło mi się rewelacyjnie. Nawet przy debilnej Umbrelli, której refren można by tłumaczyć na polski jako: parasolka, olka, olka, o, o, o…

5) Maroon 5 – Moves Like Jagger – uwielbiam teledysk do tej piosenki, kręcony w trakcie pokazu mody. Jak mi leci w słuchawkach, przypominam sobie te wszystkie seksi dupeczki, które szpanowały bielizną na wybiegu. Po takiej wizualizacji w zimne dni od razu robi się człowiekowi cieplej. Nie tylko na sercu.

6) Pezet – Gdyby miało nie być jutra – w trakcie intensywnego treningu jest taki moment, że masz dość. Że potrzebujesz pierdolnięcia, które pozwoli ci wydobyć z siebie resztki energii. Ta piosenka jest taką właśnie adrenaliną. Zadziorny styl rapu Pezeta, dobry tekst, to wszystko niesie, że ho ho.

Generalnie najbardziej do biegania polecam wam właśnie rap i hip-hop. Ostre, czasem asymetryczne bity i mocne, ciekawe teksty to jest to co dodaje mi największej energii. Takie muzyczne aminokwasy. Oczywiście nie upieram się, że w waszym przypadku efekt będzie podobny – może polubicie bardziej house albo rocka, nie wiem.

Ale jeśli nie zaczęliście jeszcze biegać z muzyką lub nie znaleźliście swojej, spróbujcie posłuchać np. Pezeta, Eldo, Kalibra 44, Molesty, 50 Centa, Missy Elliot czy Outkast. Mnie każdy z tych zespołów/artystów inspiruje do zajęć, może z wami będzie podobnie.

Poniżej macie z kolei sugestie naszych czytelników odnośnie dobrej, treningowej muzy. Zobaczcie (wciskając opcje „odpowiedzi”), a nóż widelec traficie na coś zajawkowego:

https://twitter.com/Wyszlo/status/295195206825951233

I pamiętajcie o tym, o czym już delikatnie wspomniałem: nie zawsze ta muzyka, którą podnieca cie się w domu jest dobra do treningów. Czasem może się biegać zajebiście przy kawałku, którego na co dzień nie da się słuchać. Ja mam tak z…  „Escape” Enrique Iglesiasa. W życiu nie włączyłbym sobie tego utworu przy czytaniu książki, ale ćwiczy mi się przy nim znakomicie. Dziwne, nieuzasadnione, ale prawdziwe.

Pamiętajcie o czymś jeszcze, równie ważnym: playlistę trzeba co jakiś czas odświeżać, jak fryzurę. Ja wymieniam koło 20 procent utworów co tydzień. Gdybym tego nie robił, bardzo szybko najfajniejsze nawet piosenki znudziłyby mi się do wyrzygania.

 

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑