Przyjaźć polsko-niemiecka naprawdę istnieje. W moim przypadku trwa już osiem lat

Opublikowano Czerwiec 26, 2013 | przez ZP

FBL-WC2006-POL-GER-SUPPORTER

Niemcy uważają Polaków za dużo fajniejszych ludzi od Rosjan.  Z raportu Fundacji Bertelsmanna i Instytutu Spraw Publicznych wynika również, że aż 70 procent z nich chwali sobie relacje z nami. W dalszej części tego opracowania dowiadujemy się, że to spory wzrost w stosunku do 2008 roku, aż o 24 %.

Zakładam, że aby uzyskać te wnioski zbadano ludzi w wieku od kilkunastu lat w górę. Bo gdyby brano pod uwagę tylko młodych Niemców, to już osiem lat temu statystyka byłaby dla nas dużo lepsza. Skąd taki wniosek? Uprzejmie wyjaśniam:

Był 2005 rok, właśnie szukałem z dwoma znajomymi mieszkania w Warszawie. Młodzi, naiwni studenci chcieli znaleźć fajne, niedrogie lokum w centrum. Marzyciele? Pewnie tak, ale ta sztuka nam się udała. Problem w tym, że chawira była czteropokojowa,  brakowało nam więc jednego współokatora. Mieliśmy dosłownie kilka godzin, by go znaleźć, inaczej właścicielka – jak się potem okazało luksusowa prostytutka, ale to temat na oddzielną historię – miała też innych chętnych.

Z przyjacielem nie czekaliśmy na cud. Wycięliśmy solidny kawałek kartonu z jakiegoś opakowania i nabazgraliśmy na nim mniej więcej coś takiego: dwóch przystojnych, miłych chłopców i jedna empatyczna dziewczyna poszukują współlokatorki.

Naturalnie tylko część tego krótkiego ogłoszenia była prawdą. Nie byliśmy ani specjalnie ładni, ani zbyt sympatyczni.

Nie zważając na te drobne kłamstewko, dzielnie ruszyliśmy na główny dziedziniec UW. Stanęliśmy na nim pewnie, jak pan na kupionej przed chwilą ziemi. Ja prężyłem dumnie pierś na której wisiał rzeczony karton.

Już po kwadransie zrozumiałem, że nasza misja jest raczej z gatunku tych impossible. W piętnaście minut wyśmiało nas kilka ładnych dziewczyn, a jedna zrobiła nam nawet zdjęcie. Jakie szczęście, że wtedy nie było chyba jeszcze Facebooka ani demotywatorów, inaczej niechybnie stalibyśmy się bohaterami masowych kpin.

Kolega wymiękł po godzinie. A może musiał jechać do pracy? Nie pamiętam, dorabiał jako telemarketer, straszne zajęcie, nikomu nie polecam.

Ja postanowiłem, że zostanę jeszcze chwilę. To był dobry ruch, bo nagle pojawiła się ONA.

Hanna.

Choć było to dosyć dawno, część jej stroju pamiętam do dziś, mianowicie niebieskie rajstopy. W 2005 roku w Warszawie to był jednak dosyć oryginalny element ubioru.

Uśmiechnięta, urocza, wyjątkowo miła. Ni grzmota nie pasowała mi do stereotypu Niemca przedstawianego człowiekowi od maleńkości z obrzydzeniem przez starsze pokolenia.

Wyjaśniłem jej uprzejmie, że mieszkanie, mówiąc delikatnie, nie jest na poziomie Marriottu.

– Nie przeszkadza mi to, nie szukam wielkich wygód – odparła totalnie wyluzowana.

Weszła do pokoju po którym niósł się zapach starych mebli, a kurzu było więcej niż śniegu zimą na Alasce, oblookała go w dziesięć sekund, po czym powiedziała: biorę.

Węszyłem jakiś podstęp, to było zbyt proste.

Jak się potem okazało – niesłusznie.

Hanna była aniołem. Wybaczała mi, kiedy skacowany po imprezie wyjadałem jej przysłaną przez mamusię z Niemiec ukochaną szyneczkę i gdy laska, którą kiedyś wyrwałem na one night stand, okazała się kleptomanką i zajebała jej ulubioną, drogą bluzkę.

Po miesiącu zaakceptowaliśmy ją w pełni, ale mimo to poczuliśmy spory niepokój gdy zapowiedziała, że robi imprezę dla swoich rodaków mieszkających w Warszawie.

W głowie widziałem w naszym M kilkunastu młodych z Hitlerjugend, którzy przywitają nas wysuniętą przed siebie prawą ręką.

Moja wizja była, naturalnie, totalnie niezgodna z rzeczywistością. Znajomi Hanny, wszyscy bez wyjątku, okazali się uroczy. Serdeczni. Optymistyczni. Już po godzinie byliśmy nawzajem gotowi skoczyć za sobą w ogień.

Najbardziej polubiłem Fabiana. Wysoki, chudy, z okrągłymi okularkami z cienką obwolutą. Z wyglądu typowy esesman. Z zachowania – komik.

– Zrobię ja wam dobra kapusta, bedziem pierdzieć jak najęte – jego polszczyzna była wyjątkowo zabawna, inaczej niż Hanny, która po roku śmigała w naszym języku jakby urodziła się w Gdańsku, a nie pod Norymbergią.

Po roku moja przyjaciółka wróciła do siebie, ale kontakt pozostał. Był na tyle silny, że w 2011 wysłała mi niesamowity list. Napisany po polsku, mniej więcej takim językiem:

Drogie przyjaciele Polaki, mamy zaszczyta wam poinformować, że bedzie Niemców źlub. Przyjeżdżajta.

Zupełnie jakby spłodził go Franek Smuda, nieprawdaż?

Wieś pod Norymbergą zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, chociażby od strony kulinarnej. Często bywam w restauracjach w Warszawie, ale mało która knajpa w stolicy może równać się z daniami, jakie serwowali nam Niemcy. Na spotkaniu przedślubnym, mającym na celu poznanie się gości, było przepysznie.

A samo wesele?

Piękny, duży namiot rozłożony na terenie, na którym na co dzień biegają konie. Ładna, słoneczna pogoda, mimo że wcześniej przez tydzień padało. Polacy i inni znajomi-obcokrajowcy Hanny i Fabiana usytuowani przy jednym stoliku. Koło mnie siedzi para z Bośni, zakochana w Tadeuszu Mazowieckim, który swego czasu zrobił sporo dla uzyskania niepodległości przez ten kraj.

Jeszcze bardziej niż naszego eks-premiera ci sympatyczni ludzie uwielbiali konkretne, czytaj pełne mięsa jedzenie. Toteż szlag ich powoli trafiał, podobnie jak nas, Polaków, gdy w trzeciej godzinie imprezy ciągle podawano ciastka. Ileż można wpierdalać słodkości i popijać je browarem?

Koleżanka z Bałkanów, najwyraźniej mająca wszczynanie powstań we krwi, odgrażała się już, że opuści lokal wraz z kilkoma innymi rodakami i pójdzie szukać szczęścia 200 metrów na północ, do opisanej wcześniej restauracji właśnie.

I wtedy na stole pojawiła się dziczyzna, a na niebie rozstąpiły się chmury i wyszło słońce.

To jedzenie było tak dobre, że gdybym został w owej wiosce przez miesiąc, to niechybnie wyglądałbym po tym czasie jak Obelix. Nażarci, napici, a tym samym rumiani postanowiliśmy zakręcić nóżką. Z tłumaczeń Hanny wynikało, że Niemcy specjalnie nie kultywują tańca w trakcie takich imprez, ale ona wiedziała, że Polacy zechcą się zabawić, dlatego przygotowała dla nas parkiet i wynajęła DJ-a! Zanim gościu zaczął miksować, wyjaśniła starszemu pokoleniu rodaków co się zaraz będzie dziać, co by im z wrażenia sztuczne szczęki nie powpadały do drinków.

Nie powpadały, ponieważ babcie i dziaduniowie… też ruszyli w tany. Widzieć 70-letnią kobitę, która daje z siebie wszystko podczas wersji techno utworu Coco Jambo – to jest dopiero coś. Podobnie jak usłyszeć z ust panny młodej wypowiadane poprawną polszczyzną takie oto zdania:

Kocham Was, moi przyjaciele, dziękuję, że przyjechaliście, jesteście najważniejszymi goścmi na tej imprezie.

Było niemal idealnie. Niemal, ponieważ dostałem spektakularnego kosza. Ja wiem, zostać olanym przez Niemkę to brzmi groteskowo, niemal strasznie, pewnie wyobrażacie sobie teraz, że jestem jakimś mega-ultra-pasztetem. Nie jestem, a przynajmniej nie aż takim, jak to właśnie widzicie w swoich głowach.

Po prostu chodziło o to, że owa dziewczyna przypominała z wyglądu Claudię Schiffer, a nie ciocię Sabinę z Bawarii. No i w związku z tym poległem, ale po boju na tyle spektakularnym, że po wszystkim, gdy stało się jasne, iż nasze ciała nigdy się nie złączą, choćby na chwilę, na minutę chociaż, zupełnie obcy ludzie, świadkowie moich nieudanych prób, bili mi brawo, klepali po plecach i mówili po angielsku:

Niezły z ciebie wariat.

I jak tu nie lubić Niemców? Ja tam ich uwielbiam i zawsze będę wolał skoczyć na weekend do Berlina niż do Paryża czy Londynu. Może za którymś takim wypadem w końcu uda mi się nawet coś wyrwać? Skoro Borussia Dortmund przez dwa lata regularnie oklepywała Bayern Monachium to chyba znaczy, że u naszych zachodnich sąsiadów cuda się zdarzają, prawda?  : )

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑