Pseudoartyści są wśród nas. Niestety

Opublikowano Marzec 20, 2013 | przez Dżordż

jestemartysta

Siedzi w kawiarni już trzecią godzinę. Pochłania drugie latte. Myśli. Nad tekstem, ale i jeszcze nad czymś – jak fajnie wygląda. Modne oprawki, koszula doskonale dobrana do spodni, trochę przybrudzone buty. Niedbały, artystyczny styl. Wszystko pięknie, szkoda tylko, że w Wordzie ciągle nie ma choć jednego sensownego zdania…

Koleżanka podrzuciła mi dziś na fejsie powyższy rysunek, rozwalający bardziej niż wypowiedzi Piotra Żyły. Autor zasługuje na nagrodę  za to, że w krótki, treściwy sposób obśmiał tysiące polskich pseudokarierowiczów.

Jakiś czas temu znajomy rzucił ciepłą, nieźle płatną posadkę dziennikarza w Polsce i wyjechał do Ameryki robić karierę… aktorską. Chłop ma raczej niefilmową twarz, osobowością też nie przypomina Howarda Sterna. Facet generalnie poniósł porażkę, ale piszę o nim z innego powodu – pięć, dziesięć lat temu ludzie, którzy podejmowali tego typu decyzje wydawali nam się dziwakami. Teraz patrzymy na nich normalnie: pseudoartyści są bowiem wszędzie.

Siedzi w kawiarni już trzecią godzinę. Pochłania drugie latte. Myśli. Nad tekstem, ale i jeszcze nad czymś – jak fajnie wygląda. Modne oprawki, koszula doskonale dobrana do spodni, trochę przybrudzone buty. Niedbały, artystyczny styl. Wszystko pięknie, szkoda tylko, że w wordzie ciągle nie ma choć jednego sensownego zdania…

Ten opis, niestety, nie jest przeze mnie wymyślony. Znam dwóch gości, którzy po obejrzeniu kilku odcinków „Californication” uznali, że będą żyć jak David Duchovny w serialu – pić, pisać i ruchać. Problem w tym, że nie mają takiego talentu ani facjaty, jak Hank Moody. Wobec czego spędzają długie popołudnia właściwie na niczym, ot siedzą w knajpie, inwestują kasę w kolejną kawkę/drinka licząc, że natchnienie w końcu się pojawi. Zamiast tego pojawia się co innego – kelner z rachunkiem.

Ciekawie jest też z „blogerami”. Kumpel założył stronę na której pisze o sporcie i dupach. Ma ze 200 lajków na fejsie, raz na dziesięć tekstów ktoś zostawi mu jeden komentarz, głównie utrzymany we współczującym tonie. I co? I kolega w towarzystwie zachowuje się tak, jakby był publicystą zapisującym po dwie kolumny w najważniejszych dziennikach. Gościu uwierzył w swoją wielkość. Wydaje mu się, że zbudował wokół siebie jakiś mit, że ludzie wstają i pierwsze co robią po siku i włączeniu ekspresu do kawy, to odpalają jego stronę. KA-TA-STRO-FA.

Mam też koleżankę, która robi sama kolczyki w dziwne wzorki. Sprzedała ze trzy pary, po pięć dych każda i już… myśli czy nie odejść ze swojej dobrze płatnej pracy.

– Czuję się wolna, chcę tworzyć – argumentuje.

– Przestań czytać te durne artykuły w „Twoim Stylu” – odpowiadam.

To przerażające, ale znam jeszcze dziwniejszą dziewczynę: od kilku lat robi po Warszawie straszne ilości kilometrów swoją „holenderką”. Na stopach baletki, na szyi wyczesany szal, na biodrach hispterska, zwiewna sukienka – wszystko się zgadza.

– Po co tak ciągle jeździsz?

– Szukam natchnienia do pisania wierszy.

Popytałem znajomych. Nikt nie czytał nic jej autorstwa, choćby jednego limeryka.

Typuje, że prędzej niż coś spłodzi zginie bo szal wkręci jej się w szprychy roweru.

W sumie gdyby tak opuściła ten świat, miałoby to w sobie jakiś pierwiastek artyzmu – przecież w podobny sposób odeszła Isadora Duncan.

Aleksander Sołżenicyn uważał, że prawdziwym pisarzem może być tylko ktoś, kto przeżył gułag albo obóz koncentracyjny. Zdaniem Rosjanina cała reszta to tylko marne podróbki wieszczów, ponieważ ludzie, którzy nie musieli walczyć o przetrwanie, tak naprawdę nie mają do przekazania innym nic istotnego.

To oczywiście nazbyt skrajne podejście, ale wolę przesadę w tę stronę niż w drugą – w tej chwili, żeby zyskać status artysty nie trzeba mieć ani krzty talentu i ciekawych przeżyć. Wystarczy, że pierdolniesz dwa zdania współrzędnie złożone albo narysujesz jakiegoś bohomaza, wyglądającego jak efekt godzinnej zabawy z kredkami dwulatka, i już – zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna cię za wizjonera.

Czasem, o zgrozo, nie musisz zrobić nawet tego. Dożyliśmy czasów, w których ktoś może po prostu opowiadać o tym, że pisze – tak, jak ci goście od latte – i to już wystarczy, by wzrósł jego status społeczny. Pseudokarierowicze robią więc niezłe… kariery.

 

 

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑