Psy, Kiler i reszta. Takich filmów już chyba nie robią

Opublikowano Lipiec 16, 2015 | przez ZP

Chlopaki nie placza - komedia POL 1999

Jak co tydzień na Wyszło wracamy do magicznych lat dziewięćdziesiątych, które z każdym tygodniem wspominamy z coraz większą nostalgią. Tym razem – jako że jesteśmy w środku wakacji – przypominamy sobie te najbardziej pamiętne filmy z okresu formowania się nowej Polski.

Wiele z nich zresztą właśnie tego „formowania się” dotyczyło… By sprawę skomplikować – bierzemy tylko filmy z Pazurą, choć w sumie wtedy nie powstało chyba wiele bez jego udziału.

Idealna propozycja na długie letnie wieczory. Z jednej strony sentymentalna podróż do kinematografii naszej młodości, z drugiej: w wielu miejscach wciąż bardzo aktualne przesłania, problemy, morały. No i dialogi, które znamy na pamięć. Warto do tego wrócić.

PSY

Oględnie mówiąc, to film o policji politycznej, czy jak tamta kurwa będzie się nazywać. Trudno chyba o brudniejszy, a przez to bardziej autentyczny obraz przekształcenia PRL-u w III Rzeczpospolitą. Weryfikacje członków komunistycznych służb, palenie akt na wysypiskach i formująca się mafia złożona z byłych esbeków. Bez wchodzenia w szczegóły – klasyka pod każdym względem. Akcja, prowadzenie fabuły, wyraziste charaktery, no i wreszcie kapitalne dialogi. Dziś pewnie powiedzielibyśmy: „polityczna kuchnia, nie ma nad czym tu dumać”. Tak wtedy jak i teraz mamy jednak od Pasikowskiego bilet „all inclusive” za kulisy umorusanego w szwindlach świata „stróżow prawa”. Na pohybel czarnym. I czerwonym. Wszystkim.

PSY 2

Milion widzów w całej Polsce. Kontynuacja jednego z najlepszych polskich filmów sensacyjnych, która w żadnym wypadku nie wyglądała jak odgrzany kotlet (z psa, pomielony razem z budą). Jeśli pierwsza część była o groteskowo-makabrycznym przejściu z jednego ustroju do drugiego, sequel jest historią o… interesach? Albo – znów odwołując się do cytatów – o wyrywaniu chwastów. Kolejny raz dostajemy wszystko to, za co Polska pokochała „jedynkę”. Wartka akcja, znakomity scenariusz, do tego niepowtarzalny Linda jako samotny krzewiciel sprawiedliwości (w pierwszej części robił porządek, tutaj bawi się w bandytę, a nie polityka). No i dialogi. Po latach nie wiadomo, co nas mocniej ujęło. Błyskotliwość ripost czy raczej kilogramy mięsa upchnięte w usta doskonałych aktorów.

Na marginesie – czy nam się wydaje i to tylko głupie sentymenty, czy te wszystkie Karolaki i Małaszyńskie nie są w stanie zagrać tak jak Żmijewski, Pazura i Linda w tamtych dniach?

KILLER

No i znów Pazura, ale w kompletnie innej roli. Zaczynamy rozumieć, co mieli na myśli nasi rodzice dziesięć lat temu, mówiąć, że takich komedi jak [wstaw dowolne z zestawu Miś/Rejs/Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?] już nie robią. Dla naszego pokolenia tymi „kultowymi” stały się właśnie takie sztosy jak choćby „Kiler”, którego nie zamienilibyśmy na dziesięć „Wkręconych” czy innych „AmbaSSad”. Po pierwsze: dziś to coś niecodziennego, ale ówczesne komedie pokroju „Kilera” potrafiły wywołać uśmiech, a nawet śmiech. Po drugie: nie trzeba było do tego celu używać kupy/gołych dup (a przynajmniej nie zawsze). Po trzecie: memory, faj, Siara i wszystko jasne.

Znów mamy bardzo silne umocowanie filmu w realiach lat dziewięćdziesiątych, w świecie powiązań środowiska zbirów z pistoletami oraz zbirów z siedzibami w warszawskich wysokościowcach. No i w tym wszystkim biedny taksówkarz, Jorguś Kiler. Zabawne dialogi, zabawne gagi, no i Tommy Lee Ryba. Rety, chyba obejrzymy dziś jeszcze raz.

SZTOS

Jeśli „Kiler” był komedią nieszczególnie ambitną (ale i tak diabelnie dobrą), w „Sztosie” mamy coś w połowie drogi między lekkimi zbiorami gagów, a gorzkimi dziełami Koterskiego. Czyli śmiech, ale i trochę powagi, inteligentnego przekazu, ba, nawet wpasowania w cinkciarski przekręt pewnych ponadczasowych wartości.

Dwóch przyjaciół. Mentor i uczeń. Przekręt. Duża kasa na stole. Gdzieś w tle kobiety, ambicje, ryzyko. Polska odpowiedź na legendarny „The Sting” z Redfordem i Newmanem? Zachowując proporcje… No i ten wyśmienity Nowicki…

Aha, kawałek „Sztos” znalazł się na kasecie, którą dosłownie starliśmy w proch katując w magnetofonie. Kazik, jeszcze z czasów, gdy wciągał nosem resztę polskiej sceny muzycznej.

NIC ŚMIESZNEGO

No i wracamy do filmów smutnych. Pierwsza część całej serii filmów Koterskiego, które od dwóch dekad co jakiś czas zasypują nas gradem szpilek. Bolesne, wkurwiające szpilki. Niby jest zabawnie, niby jest śmiesznie, ale jednak – to akupunktura, gdzie każdy gag kończy się wbiciem w ciało kolejnej igły. Choć w teorii każdy z tych czterech filmów (po „Nic śmiesznego” Koterski torturował nas „Ajlawju”, „Dniem Świra” i wreszcie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”) mówi o czymś innym, tak naprawdę każdy jest taki sam. To bolesne tragikomedie (komediodramaty?), które bez znieczulenia i bez litości kasują wszystkie nasze wyobrażenia o nas samych. Każdy z nas może znaleźć w nieudolnym i zdesperowanym Miauczyńskim część siebie.

Co ja tu, kurwa, robię?! Czterdziestka na karku, ukończone dwa fakultety ukończone, a ja ganiam, zapierdalam, ze z tą z jakąś świecą dymną po planie jakiegoś chujowego filmu, jak pies, jak kundel…

Rozczarowanie. Potężne rozczarowanie. Nawet jeśli jesteś zadowolony ze swojego życia, nawet jeśli wszystko przychodzi ci wyjątkowo łatwo – po obejrzeniu którejkolwiek z części będziesz rozczarowany. Przede wszystkim sobą.

Esencja? Proszę:

CHŁOPAKI NIE PŁĄCZĄ

Wracamy w luźny klimat. To już prawie „new age”, biorąc pod uwagę, że to sama końcówka lat dziewięćdziesiątych. Znów: przede wszystkim dialogi. To one robią grę, choć przyznajemy, że upchnięcie w scenariuszu tylu gagów, tylu pomyłek i tylu fantastycznych, zapadających w pamięć postaci też nie było niczym łatwym. Do tego pierwsze zwiastuny wymiany pokoleniowej – w głównej roli Maciej Stuhr, Pazura powoli ustępuje sceny młodszemu koledze.

Grucha. Bolec. Godfather Łazuka i Kuba. Obejrzeliśmy sto razy, wciąż nie mamy dość.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑