Rak atakuje z każdej strony. Nie dajmy mu się pokonać walkowerem

Opublikowano Listopad 24, 2014 | przez ZP

rbk-sick-men-man-visiting-doctor-de

Idę na kawę z dawno niewidzianym przyjacielem. Rozmowa toczy się wspaniale do czasu, gdy opowiada, że nasz wspólny kolega z liceum zmarł na raka. Miał nowotwór jąder. I zaledwie 30 lat…

Dzień później otwieram stronę internetową drużyny Vive Kielce, mistrzów Polski w piłce ręcznej. Czytam z niedowierzaniem, że drugi trener Tomasz Strząbała, facet nie mający nawet pięćdziesięciu lat, zmaga się ze złośliwym rakiem układu krwiotwórczego.

Te dwie smutne historie to tylko przykłady z ostatnich kilku dni. Generalnie sprawa wygląda jednak tak, że BEZ PRZERWY słyszę o tym, iż jakiś bliższy lub dalszy znajomy zmaga się z ciężką chorobą, przeważnie nowotworową.

– Rak zaczyna być równie powszechny co grypa – mówi zafrasowana koleżanka i ciężko się z nią nie zgodzić. To znaczy nie znam się na statystykach, nie wiem czy kiedyś poważnie chorowało więcej osób niż teraz. Jestem za to pewien jednego – obecnie nowotwory atakują ludzi z każdej strony. Słyszę o nich częściej niż o politycznych aferach, taka prawda.

Niestety, obserwuję również, że społeczeństwo… nie ma czasu, by odeprzeć tę ofensywę. W dobie coraz skuteczniejszych leków i – teoretycznie – coraz większej samoświadomości, ludzie olewają badania. Z wielu powodów.

Jedni nie chodzą do lekarzy, ponieważ wyznają idiotyczną zasadę pt. „ciężka choroba to coś, co nie może mnie spotkać”. Drudzy może i chcieliby wybrać się na wizytę, ale przecież nie mają na to czasu. Bo praca, dzieci, kino, zakupy, uprawianie sportu i spacery z psem są dla nich ważniejsze. Znam też ludzi, którzy do tematu podchodzą w taki sposób, że zastanawiam się, czy nie mają w sobie czegoś z samobójcy. Albo inaczej – jestem pewien, że mają. No bo jak inaczej określić gości, którzy na pytanie o ewentualne badania szeroko uśmiechają się i mówią z nonszalancją coś w stylu „co ma być to będzie”?

Przy tym temacie nie powinniśmy zapominać o czymś naprawdę istotnym: nie badając się robimy krzywdę nie tylko sobie, ale także – a może przede wszystkim – rodzinom i przyjaciołom. Nasza ewentualna śmierć „zniszczy” więcej niż jedno życie. Żona, dziecko czy matka kogoś, kto zmarł, ponieważ olał rutynowe badania, to jednostki, które będą cierpieć długimi latami po jego śmierci zadając sobie raz po raz pytania w stylu: „co by było gdyby Tomek chodził regularnie do lekarza?”.

Pamiętajmy o tym wszystkim. Ja wiem, że w XXI wieku pędzi się na co dzień z taką szybkością, z jaką Lewis Hamilton zapiernicza po torach Formuły 1. Ale nawet on raz na jakiś czas musi zjechać do pit-stopu na przegląd, by móc kontynuować wyścig…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑