Reportaż z pierwszego UFC w Polsce. My, kibice, lepsi od zawodników

Opublikowano Kwiecień 13, 2015 | przez Tomas

Dotychczas myślałem, że piłkarze to jedyna grupa sportowców, którym sporadycznie można zarzucić brak ambicji. Nigdy nie podejrzewałbym, że taki sam zarzut można skierować do zawodnika MMA: takiego, który walczy na własny rachunek, a nie dla drużyny, do tego przed własną publicznością… Po sobotniej wizycie w Krakowie na gali UFC mam kilka luźnych spostrzeżeń.

– Wyszło jak wyszło. Co zrobię? Nie będę płakał, tylko wyciągnę wnioski – obejrzałem przed chwilą wypowiedź Jana Błachowicza po drugiej walce wieczoru, najważniejszej z udziałem Polaka.

Błachowicz od płaczu był daleko. W trakcie walki kibice dość głośno krzyczeli w jego kierunku: „Co ty robisz? Walcz. Walcz, bo przegrywasz”. Nie trzeba było eksperta – spoko, ja nim na pewno nie jestem – żeby stwierdzić, że Polak przy decyzji sędziów jest bez szans. On nie robił właściwie nic, nie widziałem u niego większej chęci zwycięstwa i determinacji. Mimo to myślał chyba, że jest na dobrej drodze do zwycięstwa. Po zakończonej trzeciej rundzie nie krył na twarzy uśmiechu. Po werdykcie machnął ręką nieco zdziwiony. Po opuszczeniu oktagonu znów się uśmiechał i głowę trzymał wysoko.

O co tu chodzi?

5525279e5112b_o

Kilka godzin wcześniej Marcin Bandel po porażce zachowywał się zupełnie inaczej. Ręcznik na głowie, wzrok w podłogę i prawdziwa sportowa złość. Pewnie, dla niego ta porażka znaczy więcej, bo naprawdę wypadł źle i może już nie dostać trzeciej szansy od UFC. Ale po nim widziałem przynajmniej, że go boli. Boli po porażce.

***

Błachowicz przegrał, Bandel przegrał, Stasiak przegrał, Omielańczuk przegrał, Badurek też przegrała. Nie ma co ukrywać: Polacy nie wypadli dobrze. Pewnie, nie byliśmy faworytami, ale to dla wielu była dość brutalna weryfikacja własnych umiejętności. Bandel był zdecydowanie słabszy, Omielańczuk niewiele pokazał, mimo niezbyt wymagającego rywala, Badurek potwierdziła, że ta gala była dla niej na wyrost, Stasiak jeszcze próbował, ale chęci to za mało. A przeciwnikowi Błachowicza – to też ciekawe w kontekście powyższego akapitu – lekarze odradzali występ.

Polski akcent na gali wyglądałby bardzo źle, gdyby nie dwa nazwiska. Pawlak i Fabiński. Walka tego pierwszego może nie zachwyciła, ale solidność to dobre określenie. Drugi, z kolei, rywala zdominował kompletnie. Inna sprawa, że McLellan poza brodą i kilkoma fajnymi fankami na trybunach też pokazał niewiele. Nam przynajmniej pozostało się cieszyć z tych dwóch zwycięstw.

Aha, walczył też potomek polskich emigrantów – Baczynski. Wszedł do oktagonu i wyszedł, ale nie jestem nawet pewien, czy o własnych siłach. Wszystko dlatego, że skromne osiem sekund wystarczyło, by z pana Baczynskiego nie zostało nic. Padł jak długi.

Tygodnie przygotowań, miesiące pracy, prawdziwa szansa i weryfikacja w osiem sekund. Bum.

***

Walką wieczoru było starcie Gonzagi z Filipoviciem. 35-latek kontra 40-latek. I historia, która ciągnie się za nimi od długiego czasu. Otóż „Cro Cop”, znany z uderzeń nogą, poległ w dawnej walce z Gonzagą właśnie od takiego ciosu. To miał być czas zemsty.

 

Przez pierwsze dwie rundy byłem pod dużym wrażeniem tego, jak jednostronna może być walka wieczoru. Gonzaga robił z Chorwatem, co chciał. Publika gwizdała, dopingowała „Cro Copa”, ale ten nie był w stanie się podnieść. Leżał i się bronił, leżał i się bronił… W trzeciej rundzie to on zupełnie niespodziewanie przeszedł do ofensywy. Mocno zakrwawiony, z rozcięciem na głowie, niesiony przez polską publikę zmasakrował Gonzagę.

To był naprawdę fajny zwrot akcji, który ten wieczór mocno zbudował.

***

Jako kibice wypadliśmy nieźle. Doping w trakcie głównej walki wieczoru był świetny, lepszy niż w trakcie występu Błachowicza. Wedle prostej zasady: pokazujecie kawał dobrego sportu i emocji, my dorzucamy od siebie duże wsparcie. Pawlak i Fabiński w podobny sposób rozhuśtali widownię.

Fabinski

Oficjalna informacja brzmi: dziesięć tysięcy sprzedanych biletów. Z jednej strony sporo, z drugiej – trochę pustych miejsc zostało. Organizatorzy sprytnie pozakrywali więc czarnym materiałem wolne miejsca najbliżej sufitu, a tych, którzy mieli tam wykupione wejściówki, umiejscowili bliżej oktagonu. Kibic zadowolony, bo przykładowo – jak ja – za bilet za dwie stówy dostał miejsce za cztery. Zadowolony był też organizator, bo w telewizji nie było widać pustych miejsc. Te, owszem, były, ale zakryte i na dużych wysokościach.

***

Ktoś niby krzyknął o „jebanym czarnuchu”, ale uznam, że nie słyszałem. Chwilowy wybryk, raczej pojedynczych gamoni.

Ogólnie wyglądało to naprawdę przyzwoicie. Niezła organizacja, brak kolejek przy wejściu, dookoła ładne kobiety, strefa kibica (z możliwością gry w MMA na konsoli), szansa na zgarnięcie lepszych miejsc na arenie, momentami spoko doping. Szkoda tylko, że poziom walk, mimo pojedynczych akcentów, nie porwał. Trójka z plusem.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑