Rozmowa kończąca – ostatnia scena wygasającego uczucia

Opublikowano Maj 15, 2014 | przez ZP

 uczucie

 

Rzuciła mi się do stóp. Krzyczała. Skamlała. Charczała. Nie byłem w staniej odkleić jej od mojej nogi. Zrobiła takiego Rejtana w drzwiach, że sam szlachcic Tadeusz mógłby się od niej uczyć.

Tak zwane rozmowy kończące związek przebiegają naprawdę różnie. Powyżej podałem przykład sprzed dwóch lat, kiedy to spotykałem się z istotą równie ładną co nerwową, na dłuższą metę nie sposób było z nią wytrzymać. Musiałem to przerwać, w innym wypadku jej absorbująca osoba przerwałaby moje życie poprzez zawał, który niechybnie by nadszedł.

To nie jedyne dziwaczne rozstanie jakie przyszło mi zaliczyć w życiu. Razu pewnego delikwentka przyprowadziła na spotkanie do swojej kawalerki… mamusię, która miała mnie przekonać, że córka jednak nie jest taka zła. Pani przejęła się swoją rolą jakby co najmniej debiutowała w Narodowym i poczęła recytować wcześniej wyryte na blachę zalety swojej pociechy. Niestety, ja jestem dobry we freestyle’u, więc błyskawicznie zgasiłem ją wymieniając wady, podejrzewam, że bidulka o wielu z nich nie wiedziała, chociażby o nadmiernej miłości swojego skarbka do wina, obojętnie w jakim kolorze, byle sponiewierało.

Drogie panie, prawda jest taka, że mężczyzna wyjątkowo ciężko znosi nadejście rozmowy kończącej. W noc ją poprzedzającą nie może zasnąć, tylko pije i układa scenariusz. Idealnym byłoby dla niego uniknięcie tokowania w ogóle, czyli pójście do niedawnej lubej, zabranie z jej mieszkania swoich klamotów i już, po historii.

Tylko czy taka opcja jest w ogóle możliwa? Czy nie jest to najpiękniejsza wizja, która nigdy się nie spełni? Zawsze kiedy chciałem rozegrać sprawę szybko i konkretnie, język i głowa nie wytrzymywały. Co za tym idzie musiałem powiedzieć kobiecie rzucanej słów kilka, ona ripostowała, na co ja prędko wykładałem swoje kolejne racje. W efekcie rozmowa rozciągała się do długości bollywoodzkiego filmu, chociaż powinna być szybka i ostra, jak egzekucja wykonywana przez kata.

I gdy już porzuciłem wszelką nadzieję, że uda mi się kiedy wziąć udział w rozstaniu idealnym – niemalże bezsłownym i pozbawionym nerwowych gestów – nadszedł piętnasty dzień maja Roku Pańskiego 2014 roku.

Pukam. Wchodzę. Dostrzegam jej wzrok mętny, papieros w ustach zapalony, puszka piwa otwarta, diabli wiedzą czy już opróżniona, czy dopiero na swoje chwile chwały czeka. Obok niej na stoliku prężą się dumnie fanty, po które przyszedłem: ładowarka do telefonu, pasta do włosów oraz dezodorant.

– Cześć – rzucam oschle.

– Cześć – odpowiedź jest równie oziębła.

I gdy już otwieram paszczę by się powyzłośliwiać, coś mnie hamuje. Strach? Brak pomysłu na błyskotliwy wywód? Nie, to co innego, chyba… dojrzałość. Doświadczenie. Mam takich rozmów na koncie kilka, nie czuję potrzeby przeprowadzania kolejnej, to nic przyjemnego, uczucie porównywalne do tego jakie rodzi się w nas podczas gastroskopii.

Szybkim ruchem wyjmuje więc z torby jej koszulę nocną oraz buty – niestety, niewypastowane, a to błąd, powinienem pokazać do końca, że mam klasę, powinienem oddać je lśniące jak u jakiego oficera, dziewczynie zrobiłoby się głupio, dziewczyna nie miała zwyczaju przesadnego dbania o obuwie – i tyle, obracam się na pięcie, zmierzam ku drzwiom. W tejże chwili słyszę klasyczne „porozmawiajmy”, rzucone w powietrze z nadzieją, ale i wyraźnym wkurwem w głosie. Nie waham się ani przez moment, nie staję, naprawdę nie targa mną żadne rozchwianie. Wiem, że chcę wyjść, co też czynię uprzednio powiedziawszy – tonem zupełnie obojętnym – „nie mamy o czym”.

I już, i po bólu, po wizycie gorszej od tych co to człowiek zaliczał za młodu u dentystki. Teraz tylko trzeba zignorować kilka połączeń oraz pare SMS-ów i tyle, powrót do świata singli staje się faktem.

Po tak dobrze wykonanym zadaniu, po pokazaniu sobie samemu, że potrafię, czas na nagrodę. Żadna zimna wódka nie weźmie udziału w świętowaniu, dziwki też nie pojawią się na imprezie. Zamiast takich pociech ukojenie znajduję w rzeczach prostszych, ale równie przyjemnych: włączam koncert Możdżera, jak zawsze jest skupiony i jakoś mało jak na siebie rozczochrany, tym razem wirtuozuje wespół z Danielssonem.

Sama muzyka to za mało, dlatego do naszej pary dołącza ochoczo Jerzy Pilch. Trójkąt stał się faktem, okazuje się, że i bez seksu zabawy w większym gronie mogą być intrygujące.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑