Premiera tygodnia: ten film to obowiązek. Pal licho, czy oglądasz F1, czy nie…

Opublikowano Listopad 11, 2013 | przez Limonow

wyscig

Ciężko czuć się podnieconym i zaskoczonym, jeśli ma się świadomość… co się za chwile wydarzy. Jeśli już, to w łóżku, wiadomo. Ale że na fotelu kinowym? Tego jeszcze nie grali. Historia znana, zgrywana lata temu na kasetach VHS, spisana w niezliczonych ilościach książek, niby oklepana. Tyle, że piorunująca tak bardzo, iż z kina każdy powinien wypaść nasycony i rozanielony. „Rush” („Wyścig”) najzwyczajniej w świecie podbija serca.

Nieważne, że wiesz, jak potoczyło się życie Jamesa Hunta i Nikiego Laudy. Zupełnie nieistotne też, że znasz ich dorobek punktowy w tabeli konstruktorów z poszczególnych sezonów. Albo najlepsze wyścigi i niezapomniane wywiady. Co lepsze – w czerpaniu radości z tego dzieła nie przeszkadza ci nawet to jeśli o obu tych gościach słyszysz pierwszy raz, a Formuła 1 kojarzy ci się tylko z tym (o ile jesteś kobietą)… że twój chłop nie chce w niedzielne popołudnie przyjechać na rosół do teściowej. Tylko dlatego, że ogląda facetów jeżdżących w kółko.

Adaptacja jednej z największych historii rywalizacji w sportach motorowych to po prostu coś, czego przed premierą byś nawet nie wyśnił. Znakomita gra aktorska, fenomenalne zdjęcia, znajomo brzmiące odgłosy silników. Jednym słowem – namiastka rzeczywistości, której już nie ma. Która przepadła z zejściem ze sceny Hunta, a więc jednego z najbardziej rozrywkowych celebrytów w historii Wielkiej Brytanii. Bezsprzecznie. Gość, którego życie można opisać tylko tomem grubszym od „Ogniem i mieczem”. Dlatego prościej oddać go jednym zdaniem, a właściwie napisem, który miał jako motto wyszyty na swoim kombinezonie wyścigowym – „Sex, breakfast for champions”.

Taki właśnie był. Mistrz, który non-stop się bawił. Cyckami, papierosami, dragami i – przede wszystkim – kierownicą. Po drugiej stronie był Lauda. Brzydki, z zębami na wierzchu, ze spojrzenia podobny do członka komisji smoleńskiej (choć w swoich celach był jeszcze bardziej zdeterminowany niż Macierewicz i przede wszystkim wiarygodny). Bezlitosny, chwilami nieludzki. O ginących na torze mawiał w stylu: – „Show must go on, popełnił błąd, zapłacił jego cenę”.

Przyznacie po obejrzeniu, że takich ludzi w ogóle nawet nie powinno być na ziemi. I będziecie zadawać sobie kolejne banalne pytania – jak oszukali układ nerwowy? Jak mogli egzystować ze świadomością, że zamiast perfum fanek mogą każdego weekendu nieoczekiwanie wąchać kwiatki od spodu? Takie to było życie przy prędkości rzędu 270 kilometrów na godzinę. Nie chodziło o oszukanie rywala, ale i samej śmierci. To niełatwe zwłaszcza wtedy, gdy siedzisz w… czterokołowej trumnie.

Ci dwaj goście, Hunt i Lauda, urodzili się herosami, dla których po prostu trzeba było coś takiego nakręcić (zwłaszcza, że żyli w epoce, kiedy faktycznie mnóstwo wirtuozów zginęło na torach). Rywalizacja od dzieciaka po starego pryka. Od nieokrzesanych młodzieńców po mistrzów świata z wieńcem laurowym na szyi i wianuszkiem fanek u stóp.

Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem kiedy film się skończył, to było wietrzenie głowy na chłodzie, fajeczka i całkiem spora euforia. Oglądam latami F1, zwracałem uwagę na detale (dlaczego po wypadku na Watkins Glen w filmie nie powiedziano, że ginie Francois Cevert? Niektórzy mogą nie wiedzieć, co tam się dzieje), ale nie było tam widocznych mankamentów. Oczywiście, ktoś zafiksowany na grand prix powie, że w deszczowych warunkach… krople deszczu spływają z McLarena i Ferrari za wolno. Ale jakie znaczenie ma tutaj oszukanie natury o kilka setnych sekundy? Grunt to fakt, że nikt nie okłamał mnie co do przebiegu wyścigów, co do manewrów kierowców. Efekciarstwo z błyskiem, ale przede wszystkim wiernie odwzorowane.

No i bohaterowie – nie każcie mi się o nich rozpisywać, bo ta laurka trwałaby w nieskończoność. Gra aktorska, a przede wszystkim kreacje i podobieństwa do postaci rzeczywistych to maksymalna nota. Dobra, dość przedłużania, idźcie już sobie. Do kina, bo tam wykorzystacie ten film w najlepszy możliwy sposób. Choć jest tak dobry, że bylibyście nim zauroczeni nawet na czarno-białym odbiorniku marki Daewoo czy na innym tworze „Okil” od Ferdka Kiepskiego. Wyskakujcie z forsy.

Komentarze

Odzwierciedlenie Nikiego Laudy
Zdjęcia bolidów z lat 70.
Żony naszych gwiazd
Muzyka Hansa Zimmera

Podsumowanie: Hunt. Mistrz, który non-stop się bawił. Cyckami, papierosami, dragami i - przede wszystkim - kierownicą.

5


Ocena użytkowników: 3.6 (44 głosów)

Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑