Sąsiad – wróg numer 1

Opublikowano Marzec 7, 2013 | przez ZP

sasiad

W Ameryce facet może pójść do więzienia ponieważ… za głośno śmiał się w swoim domu. Sąsiad nie mógł już znieść tego permanentnego rżenia, wiec złożył skargę na policji.

Może uznacie mnie za dziwaka, ale w tym konkretnym przypadku nie trzymam kciuków za oskarżonego, wręcz przeciwnie. Całym sercem jestem za tym gościem, który poszedł na komisariat. Z jednego prostego powodu – po jedenastu latach mieszkania w blokach wiem dokładnie, jak wkurwiający mogą być ich lokatorzy.

Poniżej kilka najciekawszych historii jakie miałem z sąsiadami.

1. Nawrócony. Z dnia na dzień gościu, który mieszkał pode mną, oszalał: całe noce zaczął wykrzykiwać imię pana. „Jezu, Jezu, Jezu” niosło się po bloku nieustannie, od północy do godzin rannych. Nie pomagało nic – stopery do uszu, tabletki nasenne ani policja. Ta ostatnia stwierdziła, że klienta nie da się wyjebać z mieszkania, no chyba że udowodnię, iż stanowi zagrożenie dla mojego życia. – Ale całkowity brak snu jest takowym – argumentowałem. Bezskutecznie. Po kilku miesiącach tego skowytu zmieniłem lokal.

2. Pani libacyjka. Korpulentna, 60-letnia wdowa. Równie sfrustrowana co otyła. I znużona po całości. Dlatego regularnie, jakieś pięć razy w tygodniu, zapraszała do siebie do domu konkubenta. I choć nie było to mieszkanie socjalne, działo się! Było na tyle ciekawie, że butelki po przepysznych % wypadały czasem oknem z prędkością snajperskiego pocisku. Mieszkanie nad tą niewiastą wzbogaciło mnie w sumie jako człowieka – nasłuchałem się za wszystkie czasy o parszywych politykach, urzędasach i innych takich.

3. Weteran wojenny. Pierwszy raz minąłem go pod blokiem. I aż się wzdrygnąłem. Zasikany, zapity, z gilem do pasa. Wyglądał koszmarnie. Kiedy okazało się, że mieszkam z nim drzwi w drzwi, chciało mi się krzyczeć z rozpaczy. Kilka razy zwróciłem mu uwagę. – Panie, mam koszmary po powrocie z Iraku, daj mi pan spokój, muszę chlać. Ciesz się pan lepiej, że nie latam po osiedlu z bronią – mówił, chcąc mi chyba pokazać, że w sumie to mam fart. Wizja zostania zastrzelonym przez najebanego zasmarkańca sprawiła, że poszukałem sobie w końcu nowego lokum.

4. King of the dance floor. W tygodniu był cichy. W końcu jako ułożony krawaciarz musiał się wysypiać, co by mieć siły, aby tyrać kilkanaście godzin dziennie ku chwale swojej korporacji. W weekend wychodził z niego zwierzak. Mimo bez mała pięćdziesiątki na karku, w każdy piątek i sobotę odkrywał w sobie na nowo Patricka Swayze’go z „Dirty Dancing”. No więc skakał, tupał i szurał wraz ze znajomymi. Za każdym razem miałem wrażenie jakbym był w górach i słyszał nadchodzącą nieuchronnie lawinę. Albo wpadł w turbulencję gdzieś nad Atlantykiem – moje mieszkanie naprawdę konkretnie wibrowało.

5. Miłośniczka zwierząt. Postawiła sobie chyba za cel, żeby przygarnąć do domu każdego bezdomnego psiaka w Warszawie. Na 40 m2 miała ich ze cztery. Były głośniejsze niż sprzedawcy na straganie w Maroku. Nie dawały żyć całemu blokowi – szczekały, ujadały, wyły. Wraz z kilkoma sąsiadami zastanawialiśmy się poważnie, czy ich nie otruć. Albo jej.

6. Wielbicielki kamasutry. Kiedy mieszkasz przez ścianę z lesbijkami, przez kilka dni jest to fajne – jęki rozkoszy sprawiają, że i  ty robisz się podniecony. W momencie, w którym okazuje się jednak, że dziewczyny to nimfomanki i pieprzą się całe noce, czar pryska. Ty też pryskasz. Z mieszkania. Na zawsze.

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑