Scott Jurek, „Jedz i biegaj” – recenzja

Opublikowano Marzec 11, 2013 | przez Redakcja

scott_jurek_jedz_i_biegaj

Siedziałem wczoraj na tyłku w domu i nie robiłem nic. Miałem w tle włączony program sportowy, oglądałem jakieś bzdury w sieci i czekałem na poniedziałek. W pewnym momencie zdenerwowałem się tradycyjnie na C+: znów puszczali w środku zimy jakąś powtórkę z lata (nienawidzę tego, ale to temat na odrębny artykuł). Po chwili jednak zacząłem im za to dziękować, bo leciał program Marcina Rosłonia, gościem był ultramaratonista Scott Jurek, a tematem – jego książka „Jedz i biegaj”.

Ja też jem i biegam. Wielu z Was też. Ale ten człowiek je tylko rośliny (jest weganinem) i biega ultramaratony. 100, 160, 200 kilometrów i więcej. Mówimy o wybitnym sportowcu, który w 24-godzinnych zawodach pokonał na swoich nogach dystans 266 kilometrów. Obie te rzeczy, dieta i sport, wydały mi się wystarczająco szalone samodzielnie, a co dopiero w duecie. Kupiłem więc książkę i dziś skończyłem ją czytać.

Nie jest nowa, do Polski trafiła w 2012 roku, ale piszę o niej po to, żeby było jasne, jak jest dobra. Bardzo dobra i polecam ją każdemu, kto ma ambicje w tym sporcie.

Najbardziej cenię w niej dwie rzeczy.

Pierwsza to opisy mentalnego aspektu biegania ultramaratonów. Są świetne. Scott nie zostawia żadnych wątpliwości, że środkiem do kończenia takich biegów jest głowa, nie nogi. Przypomina o tym praktycznie co chwila. Oczywiście, wspomina także o morderczych przygotowaniach fizycznych, o trudzie i regularności treningu, o miejscach, w których spędzał setki, tysiące godzin, by być gotowym na największe wyzwania, ale to, w zasadzie, nie jest niczym szczególnym. Relacje, zapisy stanu świadomości – już tak.

Zresztą, sam początek książki uderza tym właśnie akcentem. Jurek zaczyna swoją historię od momentu, w którym wymiotuje ze zmęczenia w trakcie ultramaratonu biegnącego Doliną Śmierci. Mowa o miejscu, w którym temperatury przekraczają 50 stopni Celsjusza, a wielu biegaczy umiera – gotuje się od środka. Więc gdy legenda tego sportu pisze, że miał tam naprawdę poważne załamanie, a jednak wiadomo, że ten wyścig wygrał, to warto mu dać dokończyć.

Spytacie teraz: po co mi opisy mentalnych aspektów biegania ultramaratonów, skoro ich nie biegam? Macie rację, nie biegam. Ale Jurek mówi: procesy, jakie zachodzą w naszych mózgach są podobne, gdy docieramy do swoich granic i nieważne, czy mowa o 2, 10, czy 100 kilometrach. Gdy całe ciało krzyczy: STOP, NIE MOŻESZ ZROBIĆ ANI KROKU DALEJ, robi to w podobny sposób nam, amatorom, i jemu, zawodowcowi. Dlatego właśnie warto go słuchać, gdy zaczyna zdradzać swoje sekrety, a recepta jest dość uniwersalna. Sprawdziłem wczoraj na crossficie, na którym byłem pierwszy raz w życiu i prawie zemdlałem, a jednak przetrwałem. „Sometimes You just do things” – pisze Jurek w oryginalnej wersji (taką czytałem) – i dokładnie tak jest.

Druga rzecz, którą cenię w tej książce, to cały aspekt dietetyczny. Nie ukrywam, bałem się, że biorę do ręki biblię nawiedzonego kaznodziei, który będzie nauczał o miłości do zwierząt, buddyzmie i swojej duchowej przemianie w górach Tybetu.

Na szczęście, nie ma tam za grosz pieprzenia, ani przez moment nie miałem poczucia, że autor łapie mnie w pułapkę, opowiadając o swoim heroizmie, a de facto chcąc mnie na cośnawrócić. Oczywiście, kwestie dietetyczne pojawiają się w książce na co drugiej, co trzeciej stronie, natomiast w pewnym momencie zaczynają się wydawać tak racjonalne, że aż łapałem się na myślach w rodzaju: „Gdzie ja teraz kupię spirulinę i perz”?

Bo Jurek, zamiast sadzić new-age’owe kawałki, pisze o tym, co dla sportowca najważniejsze: wynikach, regeneracji i osiągach. I kiedy przekonuje, że dzięki (najpierw) zwiększeniu udziału warzyw w diecie i (potem) całkowitemu wyeliminowaniu produktów zwierzęcych ma mniejszą podatność na kontuzje, a jego organizm szybciej dochodzi do siebie, to ciężko z tym polemizować. Ten gość wie, co pisze. Sprawdził to dziesiątki razy wygrywając zawody, których 99,99 procent osobników żyjących na tej ziemi nie byłoby w stanie ukończyć w regulaminowym czasie.

Sama historia Scotta – zwykłego, chudego gościa, gnębionego w szkole i wychowanego w domu, w którym ciężkie prace wykonywały także dzieci – też jest ciekawa, zresztą, zawsze dobrze się czyta biografie zwycięzców, a tu porażek jest mało. Jeśli czegoś mi brakowało, to może nieco więcej porad technicznych lub treningowych. Na końcu każdego rozdziału znajdują się tylko krótkie wskazówki, ale nie są zbyt pogłębione. Wiem, od tego są inne książki.

Dzięki tej odkurzyłem mikser i zrobiłem sobie nowego drinka.

Komentarze

Scott Jurek, "Jedz i biegaj"

Brak bullshitu
Pozytywność przekazu
Wartość czysto sportowa
Potencjał zmiany Twojego życia

Podsumowanie: Opowiedziana bez gadania głupot i zawracania głowy historia o tym, jak zwykły dzieciak stał się legendą ultramaratonów i zmienił przy okazji sposób postrzegania diety wśród sportowców. Przyzwoicie napisana historia bez zadęcia.

4.5

Czy każdy weganin potrafi ukończyć ultramaraton?


Ocena użytkowników: 4.4 (3 głosów)

Tagi: , , , ,



Back to Top ↑