Sekret udanego prezentu. Na walentynki i nie tylko

Opublikowano Luty 14, 2015 | przez lucky bastard

glowna

Walentynki, czyli nie oszukujmy się: dla wielu facetów problem. Bo znowu trzeba będzie się głowić, co by tu się nadawało na prezent. W porównaniu do innych świąt i tak jest łatwiej, przejdą kwiaty albo kolacja, czyli totalny banał, ale i tak znajdziecie wielu, którzy w ostatnich dniach mieli związany z czternastym lutego dodatkowy ból głowy.

Najpierw zastanówcie się ze mną: co jest najgorszym prezentem, jaki widzieliście, żeby ktoś otrzymał? U mnie palmę pierwszeństwa dzierży skrobaczka do szyb, którą dostał mój wujo. Ma ona znaczenie niemal symboliczne. Nie chodzi o to, że rzecz za grosze, nie w pieniądzach tkwi sedno sprawy, ale o to, że ktoś nie włożył choćby minimalnego wysiłku w ten prezent. Kupował benzynę i zgarnął przy okazji takiego drapaka przy kasie, względnie dostał go w gratisie do oleju, czy innego spryskiwacza. Do podobnej kategorii należą kosmetyki, kupione w zestawie, a potem rozdzielone na kilka prezentów, ale tutaj zwykle chociaż ktoś poszedł do sklepu, dlatego to skrobaczka jest dla mnie szczytem.

Nie zrozumcie mnie źle: można wydać i tysiąc złotych na prezent, a będzie on należał do powyższej, olewczej grupy. Nie chodzi bowiem w prezencie o mamonę, a o uwagę, o to, że rzeczywiście poświęciło się czas i myśli przy wyborze. To czyni podarunek naprawdę wyjątkowym. Ostatnio odczułem to na własnej skórze i przyznam, że to był najlepszy, najbardziej pamiętny prezent jaki dostałem. Dwadzieścia kilka kopert z życzeniami, a w każdej własnoręcznie wykonana kartka. Niektóre żartobliwe, niektóre poważne, każde – fajne. Do tego jeszcze w każdej kartce zdrapka, bo tak się składa, że czasem dla funu lubię takową kupić. Więcej – nawet jeden z kuponów wygrał! Tak, to było naprawdę coś. Ktoś włożył wiele czasu, by przygotować to dla mnie, ktoś włożył tyle pomysłu i humoru ile tylko miał, że zrobić dobry prezent. O to właśnie chodzi.

W sieci czytałem o kolesiu, który dał swojej dziewczynie słoik. O słoiku zaczął mówić cały internet, jego zdjęcia krążyły po świecie, bo faktycznie, był to słoik niezwykły. 365 kartek zapisanych wspomnieniami, ulubionymi fragmentami piosenek, życzeniami. 365, na każdy dzień roku, tak by ona każdego dnia mogła sobie coś wyciągnąć i przeczytać. Kapitalne.

słoik życzeń

Ostatnio natomiast śmiałem się do rozpuku przeglądając fotki trzech braci, którzy na prezent dla mamy odgrywali nowe wersje swoich zdjęć z dzieciństwa (jedną z nich macie powyżej). Prześmieszne, kreatywne, wymagające czasowego poświęcenia.

Jak jesteście zadowoleni z kupowania czekoladek i dezodorantów – spoko, rozumiem. Ale jeśli czujecie potrzebę dania komuś czegoś naprawdę wyjątkowego, co zwali drugiego człowieka z nóg – radzę iść tym torem. Zamiast róży z kwiaciarni, może fajniej zrobić własną? Odgrzebać zdolności z plastyki i innego ZPT, a potem się trochę natrudzić? Kto wie, zależy od osoby, ale to dobry tok myślenia.

I jeszcze jeden przykład: ostatnio znajoma para wręczyła sobie na święta, odpowiednio, on jej stówę na ciuchy, ona jemu flaszkę. Na pierwszy rzut oka: prezenty najbardziej na odwal się w historii świata. Ale jest druga strona medalu – on pomógł jej wydać stówę, ona pomogła mu zrobić flaszkę. I jedno i drugie zrobili wspólnie, poświęcili sobie nawzajem czas, w rezultacie było to więc lepsze, niż dopracowany prezent, po którym zamykasz się w swoim pokoju, bo praca, bo film, bo własne sprawy…

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑