Sklejaj modele samolotów i jedz krosułta, czyli zmasowany atak głupoty

Opublikowano Październik 2, 2013 | przez ZP

glupota

Widelec, igła, termometr i ołówek. To nie tylko must have każdego przeciętnego gospodarstwa domowego. To także lista rzeczy, które mężczyźni… wkładali sobie do cewki moczowej w poszukiwaniu nowych, erotycznych doznań.

Wstrząsający news na temat amatorów wysublimowanego auto-seksu dopadł mnie przy porannej kawie, w centrum Warszawy, gdy przeglądałem w komórce stronę internetową radia RMF FM. Nie zdążyłem jeszcze dojść do siebie, kiedy podeszła do mnie uprzejma kelnerka i powiedziała, pozwólcie, że zacytuję dokładnie: zjadby pan krosułta czy raczej meffika?

No, to już był knock-down. Nie było jeszcze 9.30, a już miałem dosyć mojego gatunku.

Zbyłem dziewczę jakimś klasycznym „dziękuję, nie jestem głodny”, po czym znów zanurzyłem się w odmętach Internetu będąc pewnym jednego – nie przeczytam już nic głupszego niż powyższe, masturbacyjne newsy.

Naturalnie byłem w błędzie.

Już kilka minut później dowiedziałem się, że policja w Manchesterze odebrała niedawno takie oto wezwania: w winie pływa korek, ktoś zajął moje miejsce na parkingu i… w koszu na śmieci zalęgły się robaki.

Czas skupić się na wiadomościach z Polski, pomyślałem, przeklinając w duchu, że zapomniałem wziąć ze sobą książki.

W poszukiwaniu poważniejszych informacji udałem się na stronę wyborcza.pl. Po niespełna kilku minutach pobytu na owej witrynie dowiedziałem się, że ekspert z komisji Antoniego Macierewicza „na pytanie śledczych o doświadczenia w badaniu katastrof wyznał, że od dziecka interesuje się lotnictwem, w młodości sklejał modele samolotów i siedział kiedyś w kokpicie Su-33 (samolot myśliwsko-bombowy). No i latając samolotami, obserwuje, jak zachowują się skrzydła.”

Ręce opadły mi na stół z większym hukiem niż uderzają samoloty o ziemię podczas katastrof.

Dosyć Internetu, poprosiłem specjalistkę od „krosułta”, żeby włączyła telewizję. Ku mojemu zdziwienia niewiasta posługiwała się pilotem dużo lepiej niż ojczystą mową i bez większych problemów spełniła moje życzenie.

Kwadrans. Tyle wytrzymałem przed telewizorem oglądając „Dzień dobry TVN”. Jeśli newsy z Internetu nazwać dziwacznymi, to te ze śniadaniowej TV były po prostu głupie. Przez litość przemilczę nazwiska osób, które wystąpiły w programie, powiem tylko jedno – bredziły podobnie jak ekspert smutnego Antoniego używając jednocześnie języka na poziomie kelnerki.

Wydarzenia jesiennego poranka zmusiły mnie do odpowiedzenia sobie na jedno zajebiście ważne pytanie: czy żyję w czasach, w których liczba idiotów na m2 jest rekordowa?

Chwila zastanowienia i już mam odpowiedź: uff, nie. Nie chodzi o to, że akurat w XXI wieku jakiś tajemniczy wirus zainfekował ludzkość wobec czego spory odsetek tejże skretyniał. Nie, baranów nie brakowało na tym świecie od zawsze. Sęk w tym, że kiedyś człowiek po prostu… o nich nie wiedział na taką skalę. W Polsce nie było komórek, laptopów, netu, istniała jedna telewizja i kilka stacji radiowych, więc do X nie dochodziła setka bzdurnych informacji dziennie, z których – umówmy się – wyodrębnienie kompletnego lamusa jest równie łatwe, co zagotowanie wody na herbatę.

I tego właśnie trochę zazdroszczę pokoleniu naszych dziadków. Jasne, ich życie było bardzo ciężkie – biedowali, nie mieli dostępu do tylu fajnych ubrań i wyjazdów zagranicznych co my, byli wtłoczeni w komunistyczny kokon, byli skazani na cenzurę prewencyjną, no generalnie jak to się mówi mieli problemów jak mrówków. Ale w tym oceanie gówna oszczędzono im chociaż jednego: bombardowania z każdej strony skretyniałymi newsami, a także lansowania postaci tak groteskowych, że aż ciężko uwierzyć w ich realne istnienie.

My tymczasem przyjmujemy te informacje, jak super wyuzdana dziwka klientów, na trzy baty: via internet, telewizja i radio. W wielu przypadkach stek bzdur absorbuje nas do tego stopnia, że nie mamy już czasu na lekturę dobrej książki czy spokojne, spontaniczne spotkanie na kawę ze znajomym, podczas którego nie będziemy nerwowo co kwadrans spoglądać na zegarek, bo przecież nie można się spóźnić na kolejny odcinek „Kuby Wojewódzkiego”.

To, co się dzieje z dużym gronem społeczeństwa, jest straszne. Ludzie stają się zakładnikami tandetnej, mało istotnej informacji. Im debilniejsza wiadomość, tym większa uciecha gawiedzi. Im mniej literek w tekście, im okrutniejsze zdjęcie, tym łatwiej to przyswajają, klaszcząc przy okazji w dłonie z wyrazem debilnej uciechy na ryju.

Z autorytetami jest równie kiepsko – za takowe przeważnie nie uchodzą już ludzie, którzy pokończyli poważne uczelnie, czy napisali inspirujące książki. Nie, godne podziwu według współczesnych standardów są jakieś pajace opowiadające w szklanym ekranie o tym, jaki kolor spodni pasuje do koszulki oraz dziennikarki-cukierkowe lale śmiejące się… z innych cukierkowych lal, tak zwanych celebrytek.

To wszystko jest wyjątkowo słabe. To wszystko zmierza… właśnie, gdzie? Nie mam pojęcia, nie znam celu tej wyprawy, ale jeśli będzie wyglądał tak samo kijowo jak droga, to marny nasz los.

Kiedyś na pewno nie żyło się lepiej, ale też i na 100 % żyło się wolniej. I mądrzej.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑