Słodziutki tekścik o piękniutkich słówkach

Opublikowano Maj 31, 2013 | przez ZP

 bileciki

 

Nic w języku polskim nie wkurwia mnie tak bardzo, jak zdrobnienia.

Stosują je wszyscy, od kanarów w autobusach, po laski w łóżku. Ci pierwsi zdrabniają, żeby podkreślić swoją władzę w pojeździe:

Bileciki do kontroli proszę!

Moim zdaniem dużo poważniej brzmiałoby to gdyby taki kontroler użył słowa bilety, ale cóż, oni chyba jeszcze na to nie wpadli.

Dziewczyna podczas uprawiania gry wstępnej myśli, że takie urocze, niewinne, sprośne zdanie zakończone zdrobnieniem sprawi, że nasze maszty (maszciki?) będą błyskawicznie postawione w stan gotowości:

Kochanie, chodź zrobię ci lodzika.

Szczerze? Wolałbym starego, dobrego loda albo zdanie w stylu: chodź, obciągnę ci. Oczywiście pod warunkiem, że nie brzmiałoby ono tak: masz  ochotę na małe obciąganko?

Nie, nie mam. Nie jestem też słodziutki, kochaniutki, słitaśniutki, milutki, zboczoniutki. Nie jestem taki szczególnie wtedy, kiedy ktoś w pracy wita się ze mną tekstem typu „dzieńdoberek”, a żegna rzucając coś w stylu: „no to do juterka!”.

Brr, straszne. Podobnie jak zdrabnianie imion. Moniczka, Juleczka, Karolek, Tomaszek, Piotruś – brzmi ohydnie? Oczywiście, ale nie tak bardzo, jak wesoły, usłużny kelner w restauracji:

– Wybrał pan już zupkę? Schaboszczak będzie z ziemniaczkami czy ryżem?

Dzięki Bogu nie wpadł na to, żeby powiedzieć ryżuniem. To mogłoby być dla mnie zbyt wiele, niewykluczone, że wtedy zrobiłbym małą zadymkę.

Najgorsze z tego wszystkiego jest jednak stosowanie zdrobnień w odniesieniu do sytuacji smutnych, niekiedy wręcz dramatycznych.

– Słyszałaś, że Moniczka miała wypadeczek? Ale tragedyjka, jej chłopak nie przeżył.

Albo:

– Konradzik ma zwolnienie z wuefu na pół roku, bo złamał podczas gry w kosza nóżkę.

Infantylne do bólu.

Poprawka, infantylniutkie.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑