Lanie wiadrami kogo popadnie – tradycja, która odchodzi do lamusa. I bardzo dobrze

Opublikowano Kwiecień 21, 2014 | przez Dżordż

smingus_dingus

Pamiętacie jak w Bruce Willis pojawia się w „Szklanej pułapce 3” w Harlemie z planszą z napisem „I hate niggers”?  To było ryzykowne zagranie, jednak nawet nie w połowie tak odważne, jak wyjście przed laty na dwór w śmigus-dyngus.

Co roku w lany poniedziałek moje płockie osiedle zamieniało się w wojenny front. Wystarczyło, że człowiek wyściubił nos z domu i już w jego stronę leciała… bomba wodna, rzucana przez idiotów zamieszkujących na czwartym piętrze w bloku naprzeciwko. Raz brakowało dosłownie kilku centymetrów, aby te półmózgi zabiły mi w ten sposób mamę.

Oczywiście wodne zabawy nie ograniczały się wówczas li tylko do ataku z powietrza. Kilkunastoosobowe grupki nastoletnich wyrostków biegały z wiadrami po osiedlu i lały kogo popadnie: matki z małymi dziećmi, które wyszły akurat się dotlenić, ale także i emerytki, spacerujące dostojnym krokiem w najlepszym niedzielnym ubraniu do kościoła. Gównażeria nie popuściła prawie nikomu, co oczywiście było przesadą, i to grubą.

Tak naprawdę kąpieli unikali w śmigus-dyngus tylko ci, którzy nie wychodzili z domu, poruszali się w ten dzień autami, ewentualnie byli napakowanymi karkami. Wiadomo, pakerowi strach zrobić prysznic, ponieważ może oddać – pięściami nie wodą.

Generalnie jednak cały kraj był w świąteczny poniedziałek zastraszony wizją przemoczenia do suchej nitki. Wobec tego Polska nie zwracała w ów dzień uwagi na nic innego, tylko na te bandyckie grupy: policjanci tropili wodnych terrorystów, telewizje pokazywały ich wyczyny, a radia poświęcały im lwią część swoich serwisów.

Minęło kilka-kilkanaście lat i wszystko się zmieniło. Tradycja zanikła. Po czym wnoszę? Dziś koło południa wybrałem się na trening po Płocku. 70 minut joggingu w trakcie których przebiegłem prawie 13 km, czyli niemalże całe miasto wszerz i wzdłuż. Latałem i po centrum, i w okolicach kościołów, a więc w miejscach, gdzie przeważnie atakowały grupki wodnych rzezimieszków. I co? I nic właśnie. Podczas całych zajęć spotkałem… jedną osobę z małym karabinkiem na wodę. Był nią na oko PIĘCIOLETNI brzdąc.

Szybko podzieliłem się swoją refleksją na Twitterze, na odzew znajomych nie trzeba było długo czekać. Maciek pisze, że w Olsztynie też sucho, Tomek dodaje, że w Kielcach podobnie, Monika donosi, że w Warszawie na Woli nic się nie dzieje.

Bardzo dobrze, że wyrośliśmy z tego głupiego atakowania wiadrami kogo popadnie. Tradycję, owszem, trzeba kultywować, ale w sposób cywilizowany. Innymi słowy: jestem za tym, żeby w mieszkaniu, w gronie rodzinnym, postrzelać do siebie z wodnych jajek czy też pistolecików, takie zabawy to nie jest przesada, inaczej niż atakowanie Bogu ducha winnych ludzi w sposób, który nie raz i nie dwa kończył się złamanymi kończynami czy też poważnymi przeziębieniami.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑