Prawdziwa historia dziewczyny, która została prostytutką

Opublikowano Czerwiec 11, 2013 | przez ZP

 121003041920-sex-money-relationships-story-top

Przyjechała do Warszawy, żeby studiować. Ładna, zakompleksiona dziewczyna, odziana od nóg do głowy w ciuchy z lumpeksu (nie napiszę od stóp, bo buty miała firmowe). Zupełnie nieświadoma swojej atrakcyjności. W jej prowincjonalnym, mazowieckim miasteczku owszem, zdarzało się, że była obiektem westchnień wyżyłowanych pakerów w dresach z czterema paskami, ale to wcale nie sprawiało, że uważała się za atrakcyjną. Nie, myślała, dla mężczyzn ze stolicy nie będę nikim więcej niż tylko prowincjuszką, żaden elegancki facet nawet na mnie nie spojrzy.

Jej plan był prosty: w weekendy uczyć się jak najwięcej, a od poniedziałku do piątku pracować. Już trochę poznała życie, wiedziała więc, że z maturą w ręku nie znajdzie roboty za porządny hajs. Była realistką, ale nie przypuszczała, że pójdzie aż tak źle.

1100 zł do ręki za pracę na recepcji. To najlepsze, co udało jej się znaleźć po miesiącu intensywnych poszukiwań. Godziny ślęczenia przed gazetami i internetem i nic więcej niż tylko głodowa pensja za wykonywanie błahych, powtarzalnych czynności.

Straszne.

Podjęła wyzwanie. Wstawała codziennie o 6 rano, a następnie przejeżdżała pół Warszawy, w której na początku pobytu notorycznie się gubiła. Zdarzyło się nawet, że dzwoniła do mnie zapłakana, bo nie wiedziała gdzie jest.

– Wytłumacz mi jak dojechać, boję się, że jak się znowu spóźnię, to wylecę – prosiła.

Praca wykańczała ją psychicznie. Mimo swojego braku otrzaskania w „wielkim świecie” była bardzo zdolna, więc można zrozumieć, że dusiła się w roli recepcjonistki.

Po miesiącu zaczepił ją mężczyzna. Dojrzały, szczupły, elegancki, pachnący. Takich to widywała dotychczas co najwyżej w katalogach „Vistuli”, wysyłanych zupełnie nie wiedzieć po co do jej rodziców, przecież wiadomo, że ojca nie będzie stać na taki ciuch nigdy, żeby nie wiem co.

– Jesteś taka ładna, marnujesz się na tej recepcji. Masz moją wizytówkę, zadzwoń, pójdziemy na spotkanie, przedstawię ci kilka opcji.

Trochę ją onieśmielał. Obyciem, pewnością siebie, wszechobecnym bogactwem, które od niego biło.

Mimo to w końcu wykręciła numer.

Zaproponował jej kolację.

Kiedy przyszła pod wskazany adres, myślała, że to żart. W życiu nie była w lepszej knajpie niż topowa pizzeria z jej wioski, więc nie dziwota, że przeżyła szok. Nie pierwszy tego wieczoru.

– Jesteś taka ładna, ile ci płacą na tej recepcji? – usłyszała od nieznajomego.

– Tysiąc sto złotych na rękę.

– Hm, malutko. Tyle możesz zarobić w godzinę. Obiad, rozmowa ze mną, a potem seks w dobrym hotelu.

Typową reakcją uczciwej, bogobojnej dziewczyny z prowincji powinno być po takim tekście ostentacyjne rzucenie serwetką o talerz i wyjście z lokalu. No to teraz wam coś powiem: ONA nie była typowa.

– Podoba mi się ten pomysł, jak często chcesz się spotykać? – kiedy tylko wyprodukowała to zdanie, w jej głowie pojawiła się myśl w stylu: kurwa mać, naprawdę to powiedziałam?

– Cztery razy w miesiącu.

Nie trzeba mieć doktoratu z matematyki, żeby policzyć ile to pieniędzy. Ostatni raz jej oczy śmiały się tak bardzo, kiedy dostała na komunię rower. Potem – dziesięć lat smutku, czyli przygotowywania do dorosłości przez starych. To była dekada słuchania tekstów w stylu: nam jest ciężko, więc i tobie będzie, przyzwyczaj się malutka, im szybciej tym lepiej, jesteśmy z tych, co to zawsze mają w życiu przechlapane, nie dla nas frykasy tego świata, wycieczki, zakupy czy inne tego typu rzeczy.

30 dni później miała na swoim koncie 3600 złotych. Choć nie, źle się wyraziłem – ona nie posiadała konta. Trzymała ten hajs w pudełku po butach, pierwszych, które kupiła sobie w Warszawie, to szpile były, Baty chyba, nie pamiętam już, ale wiem, że marzyła o takich całe życie, błyszczące, piękne, no prawdziwe wyjściówki. Firmówki, o których pisałem na początku tekstu, nie miały co się z nimi równać.

Potem nie miałem z nią kontaktu przez czwartą część roku. W końcu zadzwoniła i spytała, czy chcę iść na kawę.

Oczom mym ukazała się bogini. To już nie była ta sama grzeczna, zakompleksiona dziołcha w co najmniej rozmiar za dużych, rozciągniętych sweterkach. Nie, przede mną stała pachnąca, elegancka dziewczyna, która żadnej części swojego ubioru nie pozostawiła przypadkowi. Wyglądała jak milion euro i chyba tak się czuła: biła od niej niesamowita pewność siebie.

Po kwadransie rozmów o wszystkich pierdołach tego świata, nachyliła się w moim kierunku, głos z wysokiego zamieniła w konfidencjonalny szept, którym powiedziała:

– Mam dla Ciebie ofertę.

Była recepcjonistka, studentka pierwszego roku, a od niedawna luksusowa kurwa chce mi przedstawić propozycję. Strach jeszcze nigdy nie smakował tak wspaniale.

– Chciałabym, żebyś został moim asystentem. Jesteś taki wygadany, bystry, obrotny, a ja niestety należę do zakręconych osób. Bo wiesz, spotykam się teraz z czterema mężczyznami, zapewniam Cię, że to żadne gbury, wszystko przystojni, zamożni panowie, sama ich sobie wybrałam, no ale po prostu jestem niezorganizowana, nie pamiętam więc o terminach. Ogarnąłbyś to? Dam Ci 100 złotych od jednego spotkania.

Po tej propozycji pierwsze co zobaczyłem w myślach, to okładka „Faktu” z mniej więcej takim tytułem: Były dziennikarz naszej gazety okazał się alfonsem!

Ta wizja mnie przeraziła, toteż uprzejmie podziękowałem jej za pomysł, a następnie wyjaśniłem, że praca, którą wykonuję, nie bardzo koresponduje z funkcją burdel-taty, nawet jeśli wykonywałbym ją na ćwierć-etatu, czyli mając pod opieką tylko jedną dziewczynę.

Zatrzepotała tymi dłuuugimi rzęsami, usta wykrzywiły jej się w jakimś ni to uśmiechu, ni to smuteczku, a następnie powiedziała, że OK, rozumie.

To było nasze ostatnie spotkanie.

Pół roku później napisała mi maila:

Nie spotykam się już za hajs. Zakochałam się w jednym ze sponsorów. Żyje nam się dobrze, dba o mnie. Nie brakuje mi niczego.

Fajnie, pomyślałem, że ta dziwkarska przygoda jest już za nią. Posmakowała czegoś szalonego, teraz czas na stabilizację.

Error.

Epilog:

Przygotowuję na Wyszło tekst o młodych dziewczynach, kochających się za kasę. Wchodzę na jeden z portali z wiadomymi anonsami. A  tam co? Oczywiście, jako żywo zdjęcie mojej koleżanki, a pod nim kilka słów tzw. charakterystyki postaci.

Smaruję krótką wiadomość:

Wróciłaś do interesu?

Szybka odpowiedź:

Tak, lubię to. Nie mogłam się powstrzymać, łatwa kasa to jest coś wspaniałego.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑