Spielberg i Hanks po raz enty. Patos w przystępnej postaci

Opublikowano Grudzień 5, 2015 | przez Gofrey

sjp-jb-d10-01486r_b1903c5c83

W jednej z amerykańskich reklam jako istotę tego, co można nazwać „amerykańskością” podaje się blondynkę w bikini z flagą USA pożerającą ogromnego hamburgera na przyczepie pick-upa prowadzonego przez kowboja. Pick-up jest zaparkowany na lotniskowcu, z którego odlatują myśliwce, a za tło robią wieżowce, fajerwerki i oczywiście Statua Wolności. Amerykańskie filmy o patriotyzmie utożsamiamy z efektownymi produkcjami, gdzie „chłopcy” eliminują z zajadłością i demokracją na ustach przeróżnych wrogów ich wspaniałego świata – od komunistów, przez różnorakich terrorystów, aż po wrogie armie.

„Most szpiegów” jest inny, choć wiele patetycznych haseł rzucanych w tym filmie nie różni się wcale od podniosłych przemów wygłaszanych przez dumnego patriotę do swoich przyjaciół przed finałowymi walkami w hollywoodzkich produkcjach wojennych. „Co czyni nas Amerykanami? Wierność Konstytucji” – przemawia zaaferowany Tom Hanks, po chwili dodając, że prawo do uczciwego procesu i ogółem wiara w wolność każdej jednostki to właśnie największa różnica między USA i ZSRR. Między dobrem a złem.

Dobro. Zło. Dobra służba złym siłom, zła służba dobrym siłom. Odwieczny dylemat moralności szpiega. U nas powracający nader często, za każdym razem, gdy pojawia się nazwisko choćby Ryszarda Kuklińskiego. Czy wierny komunistycznym ideałom Rosjanin, który nawet w obliczu śmierci nie zdradza swojego narodu i swoich pobratymców jest kimś złym? Służy siłom zła, w katowniach w jego kraju torturuje się więźniów, strzela do studentów i więzi niewinnych. Ale on przecież tylko służy w wywiadzie. On „tylko” jest wierny i niezłomny.

Właśnie wokół rosyjskiego szpiega kręci się fabuła, zresztą oparta na prawdziwej historii Williama Fishera, pułkownika KGB, który w latach pięćdziesiątych został aresztowany przez FBI. Tom Hanks w roli Jamesa Donovana, bezkompromisowego prawnika, który nade wszystko przedkłada profesjonalizm, wierność swoim ideałom i amerykańskiemu prawu, ma bronić wroga publicznego. Wbrew opinii publicznej i przedstawicielom amerykańskich służb oraz wymiaru sprawiedliwości, podejmuje się uczciwej, niezłomnej pracy dla radzieckiego nielegała, nie pozwalając jednocześnie, by zamienić proces w pokazowy lincz sowieckiego oficera.

Donovan myśli długofalowo, wychodzi z założenia, że żywy rosyjski szpieg to karta przetargowa, jeśli w Moskwie ujęty zostanie Amerykanin. Wierność prawu, ale i przeczucie nakazują mu walczyć do końca o sprawiedliwość dla klienta. Widz, który równolegle śledzi szkolenie amerykańskich pilotów, którzy mają fotografować dla CIA radzieckie bazy, domyśla się już finału.

I to chyba zresztą największy zarzut wobec dzieła Stevena Spielberga. Mniej więcej od piętnastej minuty filmu można z dużą dokładnością określić, jak będzie wyglądać finałowa scena. Ta świadomość zaś sprawia, że niektóre sceny niemiłosiernie się dłużą. O ile szermierka słowem, dość emocjonujące sceny kolejnych negocjacji, a to z przedstawicielami KGB, a to z niemieckimi służbami, trzymają w napięciu i wymuszają wytężoną uwagę, o tyle amerykański dzieciak magazynujący wodę w wannie tłumaczący ojcu, że to „w obawie przed komuchami” raczej irytuje niż ubarwia. Momentami wnerwiające są też lejące się z obrazu symbole. Tuż po rozstrzelaniu Niemców próbujących przeskoczyć przez mur berliński, Spielberg serwuje amerykańskich urwisów przeskakujących przez siatki w ramach zabawy na podwórku. W teorii miały być subtelne ciosy sztyletem, w praktyce wyszło okładanie po łbie maczugą.

Zalety? Poza niekończącymi się przyjemnymi dla oczu i ucha negocjacjami z udziałem Toma Hanksa, warto wyróżnić dość dojrzałe podejście do przedstawienia dwóch systemów i prymatu wolnego świata nad siermiężnym komunizmem. To nie tylko różnica w finansach, jakości polityków i życia, ale przede wszystkim różnica w mentalności, która pozwala Amerykanom traktować największych wrogów z szacunkiem, którego Sowieci nie mają nawet dla „swoich”. Ta wojna cywilizacji – choć patetyczna jak zawsze – tutaj podana jest ze smakiem. Do tego coś, co daje powód do dumy także nam, Polakom. Zdjęcia. Janusz Kamiński odwalił kawał fantastycznej roboty, zresztą do spółki z ludźmi odpowiedzialnymi za scenografię i kostiumy. Film zabiera nas w lata pięćdziesiąte i jest to obraz naprawdę autentyczny, z niesłychaną dbałością o najmniejsze szczegóły. Gdy ma być smutno – zdemolowane kamienice straszą gruzem. Gdy ma być podniośle – kamera robi najazd na hasło wyryte na gmachu Sądu Najwyższego w USA, „równość wobec prawa”. Gdy ZSRR ma straszyć, tuż za tysiącem czerwonych flag wjeżdża oślepiające, rażące światło lampy podczas przesłuchania.

Ogółem – ogląda się to naprawdę przyjemnie, o ile naturalnie pogodzimy się z tym, że William Fisher, radziecki szpieg i pułkownik zbrodniczej organizacji, jaką było KGB z lat pięćdziesiątych, jest tu postacią niemalże pozytywną i założymy na potrzeby filmu, że nie wiedział o wszystkich niegodziwościach i kurewstwach komunizmu. W innym wypadku robienie z groźnego szpiega dziadunia z malarską sztalugą rozkochanego w muzyce poważnej będzie nieznośnie irytować. Jako film fabularny – doskonale skręcony, z przyjemnymi dialogami i interesującą historią. Jako materiał do nauki historii… Kto szuka w kinie materiałów naukowych?!

Komentarze

Dylemat moralności szpiega
Zdjęcia
Metafory
Dokonania Donovana

Podsumowanie: Największy zarzut wobec dzieła Stevena Spielberga? Mniej więcej od piętnastej minuty filmu można z dużą dokładnością określić, jak będzie wyglądać finałowa scena. Ta świadomość zaś sprawia, że niektóre sceny niemiłosiernie się dłużą.

4


Ocena użytkowników: 3.3 (6 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑