Spontan koło trzydziestki? Zapomnij!

Opublikowano Październik 9, 2013 | przez ZP

picie

Do głównych problemów dwudziestoletniego studenta należy to, by nie zapić się na zbyt dużej liczbie imprez, a także to, jak przetrwać do kolejnej „wypłaty” od rodziców. Facet o dekadę starszy miewa zgoła inne kłopoty. Pomijam już te wszystkie kredyty, śluby, rozwody, romanse oraz szefa-choleryka, tym razem chciałem napisać o czymś zwyczajniejszym: kiedy trzydziestolatek chciałby się spontanicznie napić, to przeważnie nie ma z kim…

Spontan to na studiach słowo klucz. O 19.05 wpadasz na pomysł drinkowania z kumplem, a o 19.35 rozpoczynasz zabawę. W „dorosłym” życiu, niestety, nie wygląda to tak pięknie.

Co tu dużo gadać, miałem zły poniedziałek. Po dziesięciu godzinach roboty, poprzedzonych tylko czterema snu, pragnąłem się napić. Nie winka przy książce, nie piwka do telewizora, nie myślałem też o spektakularnej tindzie, po której przez dwa dni będę próbował złapać pionu. Nie, chodziło mi o zwykłe, SPONTANICZNE wyjście do miasta z kumplem. Dwugodzinne pogaduchy o sporcie, dupach i tym podobnych, okraszone wypiciem trzech browarów. Krótki, przyjemny reset, nic więcej.

Kiedyś zorganizowanie takiego wypadu byłoby równie proste, co umycie zębów. A teraz…

Moi dwaj przyjaciele-jazzmani, Łukasz i Karol, obaj chętni do kieliszka, aktualnie uczą się w szkole muzycznej w Odense. Owszem, mógłbym coś z nimi dziabnąć, ale… do komputera, podczas rozmowy przez Skype’a. Dzięki, ale na to akurat nie mam ochoty, czuję, że muszę wyjść z domu.

Dzwonię więc do Łukasz numer 2. Jest godzina 20.

– Chłopie, chętnie bym wyskoczył, ale jutro na szóstą idę do roboty, nie dam rady.

To może Kuba?

– Co ty, żona mnie nie puści, wściekłaby się, że rozpoczynam nowy tydzień od chlania.

Dominik?

– Obiecałem dziś dziewczynie kino, innym razem.

Daniel był nawet chętny, tyle że akurat przebywa w delegacji w Katowicach.

– Czwartek stary, wcześniej naprawdę nie dam rady – pisze w SMS-ie.

Uff, widzicie, że łatwo nie jest. Na dzwonienie i wysyłanie wiadomości straciłem ponad godzinę, a finał tej historii był taki, że… poszedłem na kawę do pobliskiego „W Biegu Cafe”. Sam. No, może nie całkiem – wziąłem ze sobą książkę.

Oczywiście nie zawsze jest tak, że takie akcje nie wypalają. Bywa, że szczęśliwym trafem uda się ustrzelić kumpla, który akurat też ma ochotę na reset, ale nie oszukujmy się, nie zdarza się to zbyt często. Trzydziestolatek ma mniej więcej taką skuteczność w realizowaniu tego typu wypadów, co Antoni Macierewicz w dyskotece (gdyby tylko do niej zaglądał). Czyli jedno polowanie na kilkadziesiąt może się udać, ale nic więcej, żadnych delicji.

Jeśli dla kogoś to za mało, ma dwa wyjścia:

1) zakręcić się w środowisku studenckim.

Plusy: można zaimponować gościom życiowym doświadczeniem, stanem portfela, a co za tym idzie poznać, a następnie puknąć ich pare fajnych koleżanek-małolat. Minus: dzieciaki błyskawicznie wyczują jelenia i będą cię namawiać, żebyś to ty stawiał większość wódy, bo w końcu jako jeden z nielicznych w tym gronie zarabiasz. Drugi minus: słuchanie o problemach typu „mój wykładowca od fizyki mnie gnębi, chyba nie zaliczę semestru” bywa dla trzydziestolatka po prostu nudne. Sam to przeżył, a następnie wyrzucił z pamięci, teraz ma własne, o niebo poważniejsze kłopoty, toteż nie chce mu się słuchać zwierzeń innych. Trzeci minus: jeśli masz żonę/dziewczynę, która w końcu odkryje, że szlajasz się z gównażerią, to będziesz musiał kupić nową patelnię. Zaraz po wyjściu ze szpitala do którego trafisz tuż po tym, jak ślubna rozwali na twojej głowie starą.

2) cierpliwie poczekać jeszcze kilka lat, aż większość kumpli zbliży się do czterdziestki.

Wtedy zacznie się tzw. kryzys wieku średniego, którego objawami będzie nie tylko kupowanie nowych, sportowych aut, czy też przeszczepianie sobie włosów z tyłka na głowę, ale i częstsza chęć do wyjść do miasta. To plus. Minus? Taki tatusiek, jak już poczuje wolność, po dekadzie albo i dłużej życia pod spódnicą, może stać się wyznawcą filozofii „żadnych granic”. To z kolei oznacza, że jedno wyjście w tygodniu na kilka browarów będzie dla niego niczym więcej niż tylko niesmacznym żartem.  – Nie ruszam się z domu jeżeli impreza nie oznacza przynajmniej flaszki obalonej na głowę – usłyszysz.

I wtedy albo niechybnie wpadniesz razem z nim w alkoholizm (czego się nie robi dla przyjaciół!), albo przerażony faktem regularnego picia (bo przecież chciałeś dziabnąć coś tylko raz na jakiś czas) odpuścisz, przejdziesz na drugą stronę barykady, a tym samym zamienisz się w tego, który z wielu różnych powodów nie jest w stanie uczestniczyć w spontanicznej konsumpcji browarka…

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑