Sport i alkohol – nierozłączny duet

Opublikowano Maj 1, 2013 | przez Dżordż

sportalko

Pisałem wam już kiedyś o tym, że w treningu triathlonowym najgorszy nie jest wysiłek fizyczny jaki się weń wkłada. Dużo trudniejsza jest inna sprawa: ograniczenie picia niemal do zera. Kilka miesięcy temu wspominałem, że udaje mi się unikać %. Wtedy było zimno, ciemno, smutno. Znajomym nie chciało się łoić w mieście, a ja nie z tych co walą do lustra. Teraz sytuacja się zmieniła…

Zrobiło się cieplej i o, właściwie co wieczór nadarza się okazja, by coś chlapnąć. Człowiek niby z całych sił nie chce tankować, ponieważ wie, że to niszczy jego pracę, ale jak tu ciągle odmawiać? Nie jest łatwo.

Wtorek

Szef Wyszło dzwoni rano i mówi: spotykamy się wieczorem z nowym autorem. Musimy wprowadzić go w arkana portalu. Proponuję zrobić to u mnie, przy okazji obejrzymy meczyk Bayernu z Barceloną.

Wiadomo, że tego typu konferencje nie odbywają się przy zielonej herbatce. Kupuję więc trzy piwa i ruszam. Rozmowa wypada dobrze –  podobnie jak samo spotkanie (nie znoszę Barcelony!) – zresztą możecie to ocenić po fajnych tekstach nowego, który podpisuje się Diabeu.

Wracam do domu, ale nie jestem do końca zadowolony z tego wieczoru. Wszystko dlatego, że walnąłem pare browarków. Nie wiem jeszcze jednak, że prawdziwy hardcore czeka mnie dopiero jutro…

Środa

Whisky moja żono, jednak tyś najlepszą z dam. Wieczór generalnie przebiega pod tym haslem. Modna warszawska knajpa, dobre jedzenie, paru kumpli, smaczny alkohol na lodzie. A w telewizji wiadomo – Lewy robi Realowi dortmundzką masakrę piłką do futbolu. Jako zaprzysięgły kibic Realu Madryt jakoś specjalnie nie skaczę z radości, raczej po kolejnej bramce Roberta wypijam ze smutku następną szklaneczkę. A że jak wiemy trochę tych goli było, to zaszumiało mi w głowie.

Gdybym poszedł po spotkaniu do domu, uniknąłbym dramatu. Niestety jak to w męskim gronie bywa, ktoś rzucił o 22.30 hasło w stylu: Idziemy do klubu świętować sukces Lewandowskiego.

No i poszliśmy. Szeeeeeroko. Tańce połamańce, kolejne drinki, powrót do domu o 3. W kiepskim stanie.

Czwartek

Stence na moście Świętokrzyskim w filmie „Nigdy w życiu” zabrakło paliwa. A mnie koncentracji, skutkiem czego wyrąbałem się na kolarzówce, że hej.

Dzwonię po ojca, proszę, żeby mnie zgarnął. Przyjeżdża, pomaga, gadamy w domu o sporcie. No a jak męskie Polaków rozmowy, to wiadomo, że nie przy kawce. Pijemy po browarze, tata bierze taksówkę, ja idę spać. Zły na siebie. I za tę wywrotkę, i za to, że kolejnego wieczoru coś tam wychyliłem.

Piątek

Kiedy do 23.30 uda ci się nie wypić choćby kropli alkoholu, myślisz sobie: tak, to udany dzień. Niestety, nie należy chwalić takowego przed pójściem spać…

Na wyświetlaczu pojawia się znajomy numer. Kumpel-imprezowicz. Zachęca, żeby wpaść do klubu. Klubu, który – co ma tu istotne znaczenie – jest usytuowany jakieś 300 m ode mnie…

Podejmuje wyzwanie. Siedzimy przy barze, znowu sączymy whisky. Prowadzimy typowe dla facetów nocne konwersacje: o piłce, dupach i… właściwie to tyle. Leci drin za drinem. Wybija 3. Lekko wcięty opuszczam imprezę.

Kurde, znowu dałem się ponieść wiośnie. Wyrzuty sumienia robią się większe od Mount Everestu.

Sobota

Ten sam klub, inny kolega. Poznajemy jakieś głupawe studentki, rozmawiamy. Z wymuszonym zainteresowaniem wysłuchujemy problemów typu „o mój Boże, czy uda nam się przeżyć letnią sesję”. Żeby wytrzymać te pieprzenie głupot, trzeba się napić, nie ma wyjścia. Nie chcę szaleć, więc biorę małe piwko.

Kończy się na trzech. Dramatu nie ma, ale szału też nie.

Niedziela

Uff, wreszcie troche luzu. Kanapa, film, drink. Jeden, drugi i… stop. Wystarczy.

Poniedziałek

Generalnie ta sama bajka, co wczoraj. Mieszkanie, książka, dwie lampki białego wina. Bez szaleństw.

Wtorek

I znowu ta cholerna Liga Mistrzów, zmora wszystkich, którzy nie chcą przesadzać z procentami. Próbuję oglądać Real przy jednym piwie, no ale nie da się. Partolą tyle sytuacji, że człowiek, aby się uspokoić, musi sobie golnąć. Kończy się na czterech browarach, ale że  jestem zmęczony po całym dniu pracy, to mimo tej liczby szumi mi w głowie.

***

Sami widzicie, że nie jest łatwo. Duże miasto, wielu znajomych, spore możliwości zabawy. Zabawy, która niestety w jakimś tam stopniu demoluje organizm.

Pocieszam się trochę tym, że nie jestem zawodowym sportowcem i nie muszę trzymać nie wiadomo jak restrykcyjnej diety. Poza tym umówmy się – profesjonaliści też tankują. Mniej lub więcej, ale 99% z nich pije, takie są realia.

Z drugiej strony wiem, że im bliżej pierwszego triathlonu – to już 9 czerwca! – tym grzeczniej powinienem się prowadzić. Czy mi się uda? Nie mam pojęcia, ale raczej dużej kasy to bym na to nie postawił 🙂

Bardziej prawdopodobne jest, że po pierwszym występie, podczas którego o mało co nie zejdę z wysiłku, WRESZCIE dojdę do wniosku, że trzeba zmienić wieczorne nawyki. A potem kto wie, może wprowadzę ów plan w życie…

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑