Squash nie tylko dla bufonowatych japiszonów ze słabych seriali

Opublikowano Lipiec 28, 2013 | przez Gofrey

squash

Ostatnie piętro wieżowca gdzieś w centrum miasta, przestronna sala ze znakomitą panoramą, dwóch dżentelmenów w garniturach, opcjonalnie w polówkach i materiałowych spodniach, obaj z torbami na ramieniu, które kształtem przypominają nieco gruszkę. Albo banjo. Idą pewnym krokiem pomiędzy bieżniami, odbierają kluczyki do szatni, a po chwili majestatycznie wkraczają do małego pomieszczenia z czerwonymi liniami. Dwie rakiety, mała piłeczka, nieodłączne w tej scenie opaski na głowach i frotki na nadgarstkach. Squash czarnych charakterów w kiepskich serialach.

Coś tak oczywistego, jak czerwone suknie wieczorowe u głównych „złych” bohaterek telenowel. Coś tak oczywistego, jak postać pulchniutkiej przyjaciółki, wiecznie roześmianej i stanowiącej znakomite oparcie dla głównej bohaterki. Coś tak oczywistego, jak lokowanie produktów w żenujących szmirach. Serialowy squash w wykonaniu japiszonów. Najczęściej bufonowatych, albo chociaż nabzdyczonych, którzy rozgrywając partyjkę deliberują o tym, jak skrzywdzić główną bohaterkę rozkochaną w szarmanckim Don Juanie. Obraz tak oklepany jak twarz Jake’a La Motty po walce z Sugar Rayem. Scenę zazwyczaj kończy jakaś błyskotliwa puenta czarnego charakteru i po chwili efektownie zdobyty punkt.

Nie znajdujemy w tej chwili innego wytłumaczenia dla niskiej popularności tego sportu wśród ludzi. To musi być niechęć wykreowana przez seriale, nie ma wyjścia. To musi być czysto stereotypowa awersja po tym, co zapamiętało się z telewizyjnego ekranu. Ostatnio bowiem zaczęliśmy zgłębiać tajniki tego sportu i im więcej czasu spędzamy zamknięci w tej ciasnej, śmiesznej salce, tym bardziej nam się on podoba. Wielki boom pod tytułem „żyj zdrowo” trwa, więc i coraz więcej osób poszukuje nowych rodzajów aktywności fizycznej. Cross-fit, jakieś indoor walking, cycling, czy co tam jeszcze – ludzie coraz częściej eksperymentują, napychając kieszenie właścicielom siłowni i klubów fitness oraz przywracając nam wiarę w to, że nasze pokolenie nie wyginie z otyłości przed 2040. Wszystkim tym, którzy ciężką pracę nad sobą i swoją sylwetką lubią łączyć z dużą frajdą polecamy właśnie squash.

Na czym polega, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, w największym skrócie – odbija się piłkę od ściany. We dwóch, na zmianę, rakietami. Są różne zasady, niuanse i kruczki, ale tak naprawdę na początek by dobrze się bawić wystarczy to. Odbijasz między dwoma czerwonymi liniami i czekasz co zaproponuje ci twój rywal.

Skróty, rozrzucanie po bokach, jakieś inne brudne triki – po jakimś czasie zrozumiesz, że ten sport jest taki świetny, bo polega na robieniu swojemu kumplowi na złość (i odpieraniu różnych jego złośliwości). Biegnie pod ścianę? Łupnij mu tak, żeby musiał zawracać. Poleciał w lewo? No to pyk, zbiegaj do prawej. Taki tenis, tylko bez ciągłego łażenia po piłkę, bez tak wielkich wymagań „technicznych” i bez większych wymagań finansowych. Wszystko zbite, skondensowane, upchnięte tak, że po godzinie twój organizm będzie miał dość. Chociaż mózg będzie wołał o więcej, bo to przecież naprawdę miodna zabawa.

Zwrotność, szybkość, refleks, po dłuższym czasie również kondycja, no i nieco techniki. Squash potrafi rozwinąć kilka naprawdę przydatnych zdolności ani na moment nie pozwalając ci myśleć o tym, jak znudzony jesteś kształtując swoje ciało. To nie bieżnia, po której popieprzanie jest mniej więcej tak samo ekscytujące, jak obserwowanie rozgrzewki zawodników curlingu na śnieżącym,  10-calowym ekranie netbooka ze streamem z Islandii. To nie siłownia czy inne wynalazki. Tutaj frajdę otrzymujesz każdej minuty, niezależnie czy właśnie udało ci się doprowadzić rywala do szewskiej pasji rozrzuceniem po wszystkich częściach salki, czy też sam przed momentem biegałeś od ściany do ściany jak kokainista na domówce.

Każda rywalizacja nakręca, każda rywalizacja pozwala czerpać przyjemność z kompletnego wyczerpywania swojego organizmu. Czasem ciężko jednakże zebrać dwunastu chłopa do gry po sześciu na orliku, czy nawet czterech na sesję siatkówki plażowej. Tu wystarczy was dwóch, dwie rakiety i jedna piłeczka, którą zapewne nie raz nazwiesz „czarną suką”, gdy odbije się w kompletnie nieprzewidywalny sposób. Squash, wariacja o nazwie rykoszet, cokolwiek innego z rakietami i małą salą – serdecznie polecamy. Szczególnie tym, którzy „chcą, a nie mogą”, bo nuda, bo żmudna praca, bo zero emocji. Tutaj mamy wszystko – pot, osobisty rozwój fizyczny oraz świetną zabawę z opcją godzinnego docinania sobie z najlepszym kumplem. W dość rozsądnej cenie.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑