Stały poziom emocji, czyli dlaczego odstawienie wódy może prowadzić do katastrofy

Opublikowano Czerwiec 16, 2013 | przez Pato

 noooalo

Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo. Niestety – cały ten wywód Charlesa Bukowskiego mogę sobie wsadzić w dupę.

Pierwszy raz od  dwóch lat witam niedzielny poranek bez kaca i zastanawiam się, czy to, do czego tak długo dążyłem, czyli odstawienie wódy, tego i siamtego, nie jest przypadkiem ułudą. Życie bez wzlotów i upadków, bez zwrotów akcji, bez surrealistycznych historii – no, po prostu dramat. Stały poziom emocji to niestety pierwszy krok do katastrofy. No chyba, że popołudniami popychasz wózek, a do szczęścia wystarczą ci klapki Kubota i TVP Kultura.

Od razu przypomniał mi się ostatni wywiad z Pezetem w „Przekroju”, te wszystkie zdania o tym, że jego najlepsze teksty są generowane przez wewnętrzne pojebaństwo, a gdy nie pije, próbuje być dojrzałym  to po prostu tych najlepszych tekstów nie pisze. Ktoś powie, że to gówniarskie rozterki, ale niestety niektórzy tak mają. Stety albo niestety – ja też. Moja abstynencja to abstynencja wymuszona i już po kilku dniach lista minusów jest trzy razy większa niż lista plusów.

Przede wszystkim straciły sens delegacje. Rozpijanie wszelkiej maści trunków w pociągach relacji Warszawa – Poznań, które raz, że tworzyły ciekawe znajomości, dwa – dawały dobrą pozycję wyjściową przed robotą, w której przeginanie pały w pewnym momencie zrobiło się niebezpieczne.  Budzenie się na dziwnie wyglądających melinach albo w tekturowym kartonie po 32-calowym Samsungu – na swój sposób też było ciekawe.

I nawet, jeśli na samym Nowym Świecie wyjebałem się na glebę dokładne pięć razy (raz centralnie pod palmą na de Gaulle’a goniąc o trzeciej rano gościa, który sprzedał mi gonga), nawet jeśli mam przez to zerwaną torebkę stawową, problemy z kolanem i nadgarstkiem, to patrząc na to, że teraz nie dzieje się NIC, chętnie wyjebałbym się po raz  szósty.

W metrze też upadałem. I na klatce schodowej. I chyba nawet raz pod klubem go-go, gdy o czwartej rano wsiadłem do taksówki z jakimś freakiem z Bangladeszu i za jego kasę zrobiliśmy sobie mały tour. Był Wielki Piątek, co tylko dopełnia groteskowość sytuacji, które teraz, gdy pałętam się po mieście na trzeźwo, przestały się wydarzać.

Gdy w shotbarach pytam o sok pomidorowy, to czuję się jak frajer. Kiedy w końcu zagram va banque i wezmę jedno piwo, czekam aż za chwilę zacznie się drętwienie rąk i inne dreszcze. To takie chodzenie po linie, z której w każdym momencie możesz spaść. Z jednej strony – ma to swoje plusy, można zająć się poważnymi rzeczami, z drugiej – gdzieś tam pojawia się nostalgia. Za absurdem, głupotą, nieprzewidywalnością. Za pijackim eldorado i hotelem socjalnym. Za zdaniem Leopoloda Tyrmanda o tym, jak „jak wiele czasu traci się w życiu na niepicie wódki” albo po prostu za niedzielnym porankiem z głową w kiblu.

 

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑