Stare wygi z pierwszej ligi: Hooligans – Europejska Zadyma

Opublikowano Marzec 12, 2014 | przez Gofrey

 chuliganka

Uch, ależ mamy dla was klasyk. W ramach przypomnienia – od kilku tygodni w wolnych chwilach odpalamy wehikuł czasu i napieprzamy w gry, których premiera miała miejsce w epoce, w jakiej obecni idole młodzieży uczęszczali do grupy starszaków w miejskich przedszkolach.

Po męczeniu przez kilka tygodni wszystkich istniejących potworów żyjących w Dolinie Lodowego Wichru przenieśliśmy się do czasów współczesnych za sprawą gry z roku 2002. Na marginesie – nie możemy uwierzyć, że minęło już 12  lat.  Zostawiając jednak za sobą wszystkie dygresje i wtrącenia, skupmy się na dzisiejszym gościu stałej rubryki wyszlo.com o ślicznym tytule „Stare wygi z pierwszej ligi”. Na fotel zapraszamy grę, która w niektórych środowiskach stała się legendą, a teksty z niej na długo zapadły w pamięć ówczesnych dzieciaków. Przed państwem: „Hooligans: Europejska Zadyma” znana również jako „Hooligans: Storm Over Europe”.

Poprawcie nas jeśli się mylimy, ale to chyba jedyna komputerowa pozycja o… piłkarskich chuliganach. Temat tak nośny, tak często poruszany w mediach, obecny w życiu wielu z nas, w świecie gier jest konsekwentnie pomijany. Nie wnikając w przyczyny tego stanu, spójrzmy na to jak prezentuje się jedyny przedstawiciel gatunku chuligańskiej strategii. Cóż, mówiąc najkrócej, gra jest chujowa.

Grafika już wtedy nie mogła robić wrażenia, realizm nie istnieje, „świat gry” czyli bohaterowie, interakcje i wydarzenia na ekranie wyglądają jak przypadkowe zbicie luźno powiązanych ze sobą elementów, liczba dźwięków, tekstur, postaci czy „jednostek”, od których roi się w strategiach, tutaj absolutnie nie powala. Gra jest dość krótka, zadania w grze – choć zróżnicowane – opierają się na kilku podstawowych czynnościach, nie ma tu wiele finezji, ani tym bardziej wyrafinowanych strategii. W dodatku często jesteśmy prowadzeni za rękę, a dla osób, które widziały choć kawałek stadionu, wydarzenia będą skrajnie nieautentyczne.

A jednak… gramy od kilkunastu dni i bawimy się wciąż znakomicie. Nawet jeśli dźwięki postaci „Imprezowicza”, krzyczącego na przemian „Impreeezaaa” i „Imprezowicze! Raaazeeem!” wryły nam się w mózg mocniej, niż filmiki z rosyjskiej części youtube’a. Nawet jeśli powodzenie dużej części misji zależy wyłącznie od farta. Nawet jeśli wszystko jest trochę idiotyczne i bez dwóch zdań niemoralne – jest w tym wszystkim coś wesołego, coś do czego chce się wracać. Rozbijmy więc tę – mimo wszystko bardzo słabą grę – na czynniki pierwsze.

Historia? Cała opowieść jest ubrana w szaty filmu dokumentalnego („Crossfire”) o kibicach niewymienionego z nazwy klubu, z niewymienionego z nazwy kraju (możliwe, że chodzi o Holandię, tam zaczyna się cała zabawa). Wiemy jedynie, że zespół uczestniczy w europejskich pucharach, co i rusz stwarzając kibicom okazję do rozkręcenia zadym w różnych miejscach tego cudownego kontynentu.

Prowadzący w niedopasowanym garniturze i obowiązkowych okularach pełni rolę narratora w filmikach między misjami oraz człowieka, który przeprowadza wywiady z piątką kibiców wymienionych z ksywy. Mamy więc typowego holenderskiego dilera narkotyków przypominającego „Cegłówę” z filmu „Przekręt” (pseudo: „Wciągacz”) oraz angielskiego chuligana w białych butach z silnym brytyjskim akcentem o ksywie „Cegłówa”. To dwóch szefów, którzy napędzają fabułę, opowiadając swoje najciekawsze przygody. Towarzyszy im motocyklista w bandanie – „Przeciek”, infantylny i przerysowany „Buldog”, wiecznie poginający z maskotką Pikachu (i wciąż trujący podczas misji: „czy nikt nie widział pluszowego zwierzaczka”) oraz nieszczególnie gadatliwy „Szczur”. Teoretycznie każdy z bohaterów z cut-scenek pojawia się w grze, ale nawet odwzorowanie postaci z filmików w rozgrywce było zbyt skomplikowanym zadaniem.

Mimo to, cała ta kabaretowa banda o nieszczególnie wyrafinowanym poczuciu humoru… jest w miarę sympatyczna. Miło się ich ogląda, a ich losy z każdą misją stają się coraz bardziej interesujące. Przechodzimy więc misje taśmowo, bluzgając na te nieco trudniejsze, bo jesteśmy ciekawi – jakie miasto będzie następne, co też naodwalają nasi milusińscy w kolejnym państwie oraz jakie będzie uzasadnienie dla beztroskiej demolki.

Mechanika gry jest banalna – chodzi o bicie przeciwnika i policji, czasem w imię uwolnienia aresztowanych kolegów, czasem w ramach odreagowania po przegranym meczu, innym razem w obronie atakowanego autokaru z piłkarzami. Nie będziemy zdradzać wszystkiego, bo te pomysły naprawdę są całkiem nieźle przedstawione, nawet jeśli każdy z nich ma jeden efekt – nieskrępowaną demolkę miast i rywali.

Gra z założenia jest lekką modyfikacją real-time strategy, więc musimy opisać cechy charakterystyczne dla tego gatunku. Jeśli chodzi o jednostki – mamy ich „aż” siedem. Szefowie, szczurki, imprezowicze, chuligani, jeźdźcy i buldogi, plus „zwykli kibole”, którymi nie możemy sterować, ale chętnie pomogą jeśli bitwa będzie się odbywała w ich zasięgu.

Tradycyjnie każda ma inne cechy, które – co za przypadek – w większości są jasne już po odczytaniu nazwy jednostki. Jeździec – na pewno nie uwierzycie – może prowadzić samochód, z kolei buldog jest brzydki, wolny i silny. Dostępne ulepszenia? Trzy poziomy broni, różnej dla każdego rodzaju jednostki (chuligani zaczynają z petardami, potem mają koktajle Mołotowa, a na końcu… granaty), do tego meliny z narkotykami i puby, w których poza najmowaniem nowych jednostek możemy spić dotychczas posiadane. Są jeszcze burdele pełniące funkcję szpitali oraz oferujące wynajęcie prostytutek, które mogą przesunąć grupy wrogów w inne miejsce za sprawą swojego czaru.

Brzmi dostatecznie chujowo? Tak właśnie jest, przaśnie, okopowo, na granicy dobrego smaku, albo i daleko poza tą granicą. Zresztą, już w samouczku możesz usłyszeć, że jesteś „pierdolonym durniem i gnidowatym zarozumiałym wypierdkiem”. Tak wygląda ta gra, a mimo to rozkwaszanie kolejnych grup rywali, poznawanie losów naszych bohaterów oraz odkrywanie sposobów na coraz efektowniejsze przebijanie się przez miasta sprawia frajdę. Inna sprawa, że sprzyja temu poziom trudności – o ile gra jest w miarę krótka i przechodzi się ją dość żwawo (jakieś dwa-trzy dni w miarę intensywnego grania to maks), w niektórych momentach jest po prostu trudna, a chwilami wydaje się wręcz nie do przejścia (gdy zaczynasz w ośmiu przeciw hordom zastanawiasz się, czy nie lepiej było zostać śpiewakiem operowym, przyłapując się jednocześnie na tym, że zaczynasz utożsamiać się z tymi bydlakami). Satysfakcja, gdy wreszcie pojawi się plansza „zwycięstwo” jest więc tym większa.

Niuans, zresztą dość zaskakujący – po przejściu gry bez używania żadnych kodów niemal równie przyjemne jest przelecenie przez kolejne misje z całym wachlarzem cheatów. Te mordy, które wywoływały w tobie taką frustrację, teraz wystawione na talerzu – nieuczciwa gra to fajny sposób na przejście tego wszystkiego raz jeszcze. O ile naturalnie jeszcze macie ochotę użerać się z całą tą dość prymitywną rozrywką.

Słabo, ale jednak przyjemnie. Idiotycznie, ale… wciągająco. Infantylnie, nierealistycznie, bzdurnie, dla znawców tematu niespójnie i powierzchownie, ale… grywalnie. Nie polecamy w żadnym wypadku, ale jeśli u kogoś wala się ta płyta sprzed 12 lat i akurat ma wolniejszy weekend… czemu nie. Choćby dla polskiego lektora, który znakomicie wczuł się w rolę. „Wy pieprzone wypierdki”.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑