Stop zwolnieniom z WF-u – akcja społeczna, w którą warto się wsłuchać

Opublikowano Październik 1, 2013 | przez Gofrey

gortat

Jeśli mielibyśmy wymienić inicjatywy Ministerstwa Sportu i Turystyki, które zrobiły na nas jakiekolwiek wrażenie… Cóż nie byłaby to długa lista. Kto wie, może nawet zamknęłaby się na dwóch pozycjach – pierwsza, czyli drogi koncert Madonny, który jako aroganccy egoiści doceniamy tym mocniej, że darmowe wejściówki na show królowej popu dostali „znajomi królika”, oraz druga, czyli ustna deklaracja minister Muchy, że zajmie się problemami trzeciej ligi hokeja. Która w Polsce nie istnieje.


Zasadniczo jednak poza momentami, w których sportowa część rządu dostarcza nam materiału do żartów, szyderstw, zabaw i uciech, nie mamy o niej zbyt dobrego zdania. Właściwie jeśli mielibyśmy być dosadni i mówić bez ogródek – wypieprzylibyśmy cały ten resort dyscyplinarnie na bruk, a jego resztki przerzucili do ministerstwa edukacji.

Jako urodzeni optymiści staramy się jednak nawet w największym nawet bagnie odnaleźć perełkę, która daje nadzieję na przyszłość. Staramy się w morzu kolców odnaleźć choćby jeden płatek róży. I jest. Proszę państwa, wiekopomna chwila. Ministerstwo rozpoczęło akcję, która – bez ironii! – jest naprawdę potrzebna, cenna i liczymy że zakończy się sukcesem. „Stop zwolnieniom z WF-u” – krzyczą wspólnie sportowcy, politycy, celebryci i plakaty z wszystkimi powyższymi postaciami.

– Nareszcie! – odkrzykujemy my i każdy, kto kiedykolwiek zetknął się ze sportem wśród młodzieży i ich praktyką szkolną. Tak się składa, że z WF-em mieliśmy i mamy wspólnego coś więcej, niż tylko świadectwa z podstawówki, więc możemy mówić z pozycji „inside” całego tego tematu.

Otóż – jeśli nie wiecie – poziom aktywności ruchowej wśród naszych małoletnich pociech jest tragiczny. Nie są to jakieś puste słowa, to nie tak jak z epitetem „epicki”, którego nadużywa się w takim stopniu, że epickie są już nawet śniadania w McDonaldzie. Nie, tragiczny, po prostu tragiczny. To nie jest stan „trochę zły”, nie jest stan „kiepskawy”, nie, poziom rozwoju wśród dzieci, młodzieży i studentów jest poniżej beznadziei, dwa szczeble pod katastrofą, sześć stóp pod ziemią, wodorostami, dnem i cokolwiek jeszcze jesteście w stanie wymyślić.

Dzieciaki, które po podstawówce nie potrafią kozłować? Kopnąć prosto piłki? Zrobić fikołka, nie wspominając o przebiegnięciu w jakimkolwiek rozsądnym tempie testu Coopera? Ludzie, to żadna sensacja, to normalność. Normalność, tak jak łączenie klas, bo z trzydziestu uczniów ochotę ćwiczyć ma może z dwudziestu. Pomijając już gimnazjalistki w ciąży (tak!), nie ćwiczą ci otyli (bo nie), ci niegrzeczni (bo wyjebane), ci grzeczni (bo się pobrudzę przed matematyką) i ci, którzy może nawet by chcieli, ale faktycznie mają astmę.

Dziadziejemy? Och, jak my byśmy chcieli dziadzieć. Dziadek potrafi się przetransportować do parku i pograć tam w szachy, a nasze dzieciaki nie dziadzieją, tylko sztywnieją. Zastygają w bezruchu. Sporty są dla nich nieatrakcyjne, bo nie potrafią w nie grać, indywidualny wysiłek wymaga zaś samozaparcia i dyscypliny, której przecież nie nauczysz się z Internetu, ani z meczu w FIFA Street. Wszyscy się jarają ulicznym futbolem na ekranach konsol, a Playarena, rozgrywki, które właściwie przeniosły FIFA Street z monitorów na orliki, są zdominowane przez młodzież wychowaną w tamtym wieku. Ale zostawmy to, wróćmy do meritum, lekcji WF-u.

Piętnaście osób w sali, przebrana piątka. Z pozostałej dyszki:

a) dwóch – „nie ćwiczę, bo mam zwolnienie” – naturalnie lewe, załatwione przez rodziców, bo dzierlatka tudzież junak nie bardzo lubi się spocić.

b) dwóch – „nie ćwiczę, bo mam zwolnienie” – naturalnie lewe, załatwione przez rodziców, bo Zbysiu jest taki tęższy troszkę i lepiej, żeby się nie spocił, bo się pochoruje.

c) jeden – „nie ćwiczę, bo nie, może mi pan wstawić jedynkę” – degenerat, nie zda dwa razy, pojedzie do poprawczaka, dalej zajmie się nim ulica.

d) trzech – „nie ćwiczę, bo nie mam stroju” – ósmy raz w semestrze. Przypadek? Nie sądzę.

e) dwóch – „nie ćwiczę, bo mam zwolnienie” – naturalnie lewe, załatwione przez rodziców, bo chłopak ma po lekcjach dodatkowy angielski, a kiedyś musi się przecież nauczyć słówek (na religii już się uczy gramatyki do włoskiego).

A z tej piątki poziom tężyzny fizycznej raczej nie za specjalny. Jasne, to przykład trochę ekstremalny, ale… wcale nie taki rzadki! WF jest jak kadra PZPN-u – przegrywa z każdym, na wszystkich frontach. Według rodziców jest mniej ważny, niż matematyka, według dzieciaków – mniej interesujący, niż nowe apki na smartfonie. Według dyrektorów – zdecydowanie mniej istotny na koniec roku, niż ocena z zachowania, według samych nauczycieli – skrajnie ignorowany, co wywołuje ich zobojętnienie i rezygnację.

W efekcie ta piątka kopie się po czołach próbując grać w piłkę, a pozostała dyszka zachrzanie na ostro na telefonach. Karać ich? Jedynkami? To rodzice dostaną piany na pysku, dyrektor wyjdzie z siebie, a na naradzie się wybroni, bo to „taki grzeczny chłopiec, a że waży sto osiemdziesiąt kilo/jest olimpijczykiem z chemii/nie lubi sportu to nikt go nie zmusi do biegania”.

 

Dlatego inicjatywę „stop zwolnieniom z WF-u” witamy naprawdę serdecznie i z całego serca wspieramy. Warto – dla nas, dla naszych dzieci – żeby za te kilka lat po ulicach łaziły piękne i ZDROWE kobiety oraz dziarscy i ZDROWI mężczyźni. Bo na razie, gdy obserwujemy dorastające pociechy, to nie wróżymy temu pokoleniu żadnych rewelacji. Absencje na WF-ach to jedna z głównych przyczyn.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑