Suits. Serial, który się kończy

Opublikowano Lipiec 25, 2016 | przez lucky bastard

mike

UWAGA. Tekst zawiera sporą dawkę spoilerów, więc jeśli wam to nie odpowiada, to od razu kliknijcie w krzyżyk, który znajduje się w prawym górnym rogu strony. Ale, ale, ale… – jeśli nie macie zbyt wiele wolnego czasu, a chcieliście go przeznaczyć na kolejny sezon „Suits”, mimo wszystko radzimy zapoznać się z jego treścią.

*

Wspominaliśmy już kiedyś, że niewiele rzeczy wkurza nas bardziej niż przeciągnięty serial? Oczywiście, że wspominaliśmy, choćby przy wielkim powrocie „Skazanego na śmierć” – chyba najdobitniejszego przykładu zohydzenia naprawdę fajnej produkcji. Niestety, jak mawiał Dexter Morgan (bohater innego serialu, który powinien być o trzy sezony krótszy): it’s going to happen again, and again. Has to happen.

„Suits”. Ewentualnie tu i ówdzie: „W garniturach”. Jakkolwiek podchodzimy do filmwebowych rankingów, szesnaste miejsce na liście najlepszych seriali w historii (przed m.in. „Rodziną Soprano”, „Fargo” czy wspomnianym „Dexterem”) coś znaczy. Najprościej rzecz ujmując, to opowieść o perypetiach dwóch błyskotliwych prawników, z których jeden nie ma uprawnień, by wykonywać ten zawód, co jest karalne, ale nie zmienia faktu, że jest w tym zajebisty. Bardzo długo serial prowadzony był w konwencji – jeden odcinek, jedna sprawa do rozwiązania, dzięki czemu twórcy nie mieli problemów z nudą. Jednak trzeba wspomnieć, że tytuł nigdy nie był pozbawiony głębi. Ot, choćby trudna męska przyjaźń, rola przypadku w życiu, spór etyka vs cel uświęca środki – to pierwsze z brzegu motywy, dzięki którym postrzeganie „Suits” nie mogło kończyć się stwierdzeniem, że to jedynie lekki format rozrywkowy.

Pięć sezonów zajęło twórcom serialu poprowadzenie głównego wątku – prawnik bez uprawnień Mike Ross idzie siedzieć, kryjąc przy okazji resztę ekipy. Delikatnie rzecz ujmując – można było to rozegrać znacznie sprawniej niż w 76 odcinkach. Serial oczywiście ewoluował, świetnym posunięciem okazało się np. zwiększenie znaczenia specyficznego Louisa Litta, ale fakt, że tak długo udawało się głównym bohaterom wychodzić bez większego szwanku z sytuacji, które wydawały się beznadziejne, po prostu już irytował. Jak te tandetne strzelanki, w których bandyci zużywają więcej nabojów niż jest w stanie wyprodukować miesięcznie ich fabryka, a główny bohater tylko lekko spocił się w trakcie pościgu. Bajeczka.

Nie można było dłużej odwlekać momentu, w którym ktoś beknie, więc posadzono Mike’a za kraty, a ceniona kancelaria Pearson/Specter/Litt w zasadzie upadła. Tak mógłby skończyć się ten serial, ma to sens. Ale nie – pokusa, by pociągnąć tę historię dalej okazała się zbyt wielka, co poniekąd rzecz jasna rozumiemy.

Za nami już dwa odcinki nowego sezonu i trzeba powiedzieć, że nie wygląda to najlepiej. Kilka zarzutów.

Po pierwsze: brakuje świeżości. Niby wprowadzone zostały nowe postacie – współwięźniowie i opiekun Mike’a – i to w sposób intrygujący, ale lekko nie trzyma się to kupy. Jeden z nich zaplanował zemstę na prawniku (Harvey’u) na podstawie tego, ze w gazecie przeczytał, iż jego współpracownik idzie do więzienia. Cóż za wielopoziomowy zbieg okoliczności…  A w prawniczym światku – nuda.

Po drugie: przeszarżowanie. Nawet jeśli bardzo lubimy, gdy serial bardzo nas zaskakuje, to jednak fakt, że trójka właścicieli jednej z najpotężniejszych kancelarii w Nowym Jorku, których przyjaciel poszedł siedzieć, a oni mogą stracić dosłownie wszystko i do niego dołączyć, wyjście z dupy zaczyna od… zjarania się, to jak na nasz gust o siedemnaście kroków za daleko. Pomylenie odwagi z odważnikiem.

Po trzecie: za dużo patosu. Pomimo wspomnianej wyżej sytuacji i związanej z nią żarcików, główni bohaterowie serwują nam masę motywacyjnych, ckliwych przemów. I gdy już wydaje się ci, że są tak gotowi do walki, że mogliby przejąć kontrolę nad światem, więc w końcu zacznie się dziać, dupa – zero akcji. Kolejne pierdololo.

Po czwarte: Rachel. Nawet jeśli w poprzednich sezonach do serialu wnosiła tyle, co imienniczka z „Przyjaciół” – a Meghan Markle to przecież świetna laska! – to teraz irytuje na maksa. Chyba wspomnianą aktorkę przerosło odegranie dramatu, który przeżywa jej bohaterka, choć trzeba powiedzieć, że scenarzyści również nie rzucili jej koła ratunkowego. Raczej 5-kilowy głaz. Zachowuje się co najmniej tak histerycznie, jakby jej chłopak miał AIDS i leżał na łożu śmierci, a nie poszedł na kilkanaście miesięcy do paki. Strasznie wkurzająca postać, sztuczność wylewa się wręcz z ekranu.

Tylko tyle? Raczej aż tyle. Twórcy „Suits” są na najlepszej drodze do tego, by wszystko spieprzyć. Damy im jeszcze jedną szansę, kolejne 45 minut, bo mniej więcej tyle trwa pojedynczy odcinek, bo jednak trudno olać historię, którą śledzi się od kilku lat, ale delikatnie rzecz ujmując – przydałby się przełom. Jak tak dalej pójdzie, to ludzie odpowiedzialni za tę kaszanę powinni stanąć przed sądem i raczej nie wybroniłby ich nawet Harvey Specter w formie z pierwszych sezonów.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑