Świat brudnych kryminalistów wyczyszczony przez perfekcyjną panią domu

Opublikowano Luty 16, 2017 | przez Gofrey

185ce02efd92412900b687b4b53e.1000

Oczekiwania były olbrzymie. Po sukcesach „Paktu” oraz „Belfra” uwierzyliśmy, że polskie seriale mogą naprawdę zacząć rywalizację z zagranicznymi odpowiednikami – oczywiście, będą nadal nieco tańsze, bardziej parciane i gorzej zagrane, ale przez odniesienie do lokalnych problemów – atrakcyjniejsze. Przepaść zostanie zasypana, po części większymi niż wcześniej budżetami, po części lepszymi niż wcześniej aktorami, przede wszystkim jednak – wyjściem poza telenowelowo-komedioworomantyczne schematy. „Belle Epoque” zapowiadało się więc kapitalnie. 1908 rok. Kraków. Rodzimy odpowiednik Sherlocka Holmesa w cylindrze i przykurzonym płaszczu. Kryminalne zagadki. Speluny z kurtyzanami na piętrze.

I Magdalena Cielecka.

W tym momencie właśnie skończyły się oczekiwania a zaczęła smutna rzeczywistość. By dobrze zrozumieć, czego czepiamy się w najnowszej produkcji TVN-u trzeba się odnieść choć w minimalnym stopniu do fabuły. Nie zdradzając zbyt wiele (choć w sumie wyrobiony kinoman po 5 minutach mógłby opowiedzieć wyłącznie na podstawie swoich domysłów kolejne 25) – rzecz toczy się w rynsztoku. Brudny, kryminalny świat. Morderstwa, w dodatku okrutne, z religijnym motywem. Wkraczamy w świat odciętych głów i zmasakrowanych twarzy. Chciałoby się rzec – z ekranu oblepia nas obskurna atmosfera zadymionych knajp z rębajłami do wynajęcia i skrywającymi blizny pod warstwą pudru dziwkami.

Ale właśnie nas nie oblepia.

Wszystko jest czyste. Jasne. Kolorowe. Zamiast podróży w czasie mamy wrażenie, że oglądamy bal przebierańców. Zamiast klimatu epoki, mamy klimat muzeum z kustoszem przebranym w fikuśny cylinder spod którego wystają dredy i słuchawka z połączeniem Bluetooth. Małaszyński miał być zimny, wyszedł drewniany. Jeden z podejrzanych (było ich delikatnie rzecz ujmując nieco mniej niż w tradycyjnych serialach kryminalnych) miał chyba sprawiać wrażenie szalonego neurotyka, zamiast tego dostajemy styl bycia nadpobudliwego akwizytora. Zresztą, zobaczcie na to foto główne. Krakowska ulica początku XX wieku. By sprawić wrażenie, że jest brudna, ktoś rozsypał czyściuteńkie sianko. Jeśli zestawimy to na przykład z kręconą czterdzieści lat temu „Ziemią Obiecaną”…

…nie ma nawet czego porównywać.

Dialogi? Makabra.

Bohaterowie? Jednowymiarowi.

Fabuła? Od A przez B do C. Nigdy dwiema ścieżkami jednocześnie, nigdy w zły zaułek.

Kostiumy są cudowne, ale wrzucone przed kamerę do tej pory filmującą jedynie Magdę M. sprawiają wrażenie, że to uczestnicy kolejnego reality show dostali jakieś zadanie-przebierankę. Nie ma cienia. Nie ma mroku. Nie ma tajemnicy. Nie ma niczego, co powinno znaleźć się w dobrym serialu kryminalnym i co zostało całkiem gustownie podkreślone w trailerach. Okazało się jednak, że prościej zmontować minutowy klip, niż pełnoprawny odcinek serialu.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że… chyba i tak będziemy to oglądać. Mając do wyboru love story w kuchni, love story w biurze, love story na wsi i love story w górach oraz produkcję TVN-u – nie ma sensu się zastanawiać. Progres w stosunku do „Trudnych spraw”, „Na noże”, „Przyjaciółek”, „Srółek” i innych gównianych zapychaczy ekranu o wielkiej i trudnej miłości da się wyczuć. Problem w tym, że spodziewaliśmy się pogoni solidnego Opla za mknącymi po amerykańskich trasach Mercedesami i Aston Martinami. Zamiast tego mamy nieco nieporadną ucieczkę zagazowanym Seicento wyprzedzającym stado rowerów i hulajnóg.

Plus jest taki, że jeszcze nie było na ekranie za dużo Cieleckiej. Pod tym względem – może się okazać że ten pierwszy, przewidywalny i przesadnie sterylny odcinek, był najlepszy.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑