Świąteczne pitu pitu, czyli my name is Bond, który biegał po wódce

Opublikowano Grudzień 26, 2013 | przez Dżordż

 drunk-santa

Z rozbawieniem sięgam po prezent od ukochanej cioci. Chce mi się śmiać, bo wiem co nim będzie. To samo co rok, dwa i trzy lata temu. Wkładam rękę do pudełka i już – oto stałem się posiadaczem ekskluzywnej pianki do golenia marki „Bond” wraz z dezodorantem tejże firmy. Cudownie. Mam już ich tyle, że mógłbym spokojnie zostać jej dystrybutorem na Polskę, a kto wie, może i na całą Europę środkową.

Święta uwielbiam właśnie za te małe, zabawne wydarzenia, które nadają im wyjątkowej atmosfery.

O ile ciocia zupełnie mnie nie zaskoczyła, o tyle przyjaciel już tak. Ustaliliśmy z Wojtkiem, że 25 grudnia w południe idziemy pobiegać. Truchtam pod jego blok, wypada z klatki z szerokim uśmiechem na ustach:

– Wiedziałem, że dziś ćwiczymy, dlatego podczas wigilii nic nie piłem…

– Brawo!

– …no ale dziś z ojcem walnęliśmy pół litra we dwóch do śniadania.

– O kurwa, i zamierzasz teraz trenować przez godzinę?

– Jasne, wszystko wypocę!

Jak powiedział, tak zrobił. 60 minut biegu w naprawdę niezłym tempie, chłopak cały mokry, alkohol paruje. Kończymy, a Wojtas cały w skowronkach:

– No, spaliliśmy z 900 kalorii, można z czystym sumieniem siadać do stołu i znowu coś dziabnąć.

Święta, czas kolędowania.

A właśnie – nie wiem jak Wy, ale ja raczej unikam śpiewania. Rodzina i tak przeszła w życiu sporo, po co im kolejny, potężny cios w postaci mojego fałszu? Daję się wykazać babci, od lat zadeklarowanej chórzystce, oraz siostrze, która kończyła szkołę muzyczną. One wodzą muzyczny prym przy stole, ja tymczasem dyskretnie  odpalam fejsbuka.

Patrzę i patrzę i zastanawia mnie jedno: po jaką cholerę kilkudziesięciu znajomych daje fotki swoich choinek? Ja rozumiem, że ktoś może chcieć przyszpanować na wallu drogim autem czy wyczesaną koszulą od Bossa, ale żeby jarać się świątecznym drzewkiem? Przecież one wyglądają dokładnie tak samo. Zielone, obombkowane, jedne trochę większe, drugie ciut mniejsze. Po kiego grzmota  zaśmiecać tym fejsa?

Nie bardzo rozumiem też nowopowstały zwyczaj zdawania fotorelacji z tworzenia… pierogów. Ludzie hurtowo jarają się zdjęciami ciasta, farszu oraz wałków. No i – co bawi mnie najbardziej – przebijają się godzinami, w których płodzili te swoje kulinarne cudeńka.

– Dajcie spokój, lepiłam do 3 nad ranem! – podnieca się Anna.

– Ja skończyłem je robić o 4, ależ jestem niewyspany – donosi w wigilię Janek.

Tak sobie myślę: po chuj robić te pierogi w środku nocy? Naprawdę nie można tego ogarnąć 23 grudnia w południe i skończyć o jakiejś bożej porze?

No ale żeby nie było, że ciągle marudzę – lubię święta za ich powtarzalność. I nie chodzi mi tylko o VIP zestawy Bonda od cioci. Nie, Boże Narodzenie to coś więcej: okazja, żeby w ciszy, przy szklaneczce dobrej whisky, posiedzieć wieczorem przy choince i wreszcie nadrobić zaległości w lekturze. W tym roku postawiłem na „Życie deluxe” Lapidusa i „Inferno” Browna, gorąco Wam polecam, zresztą niebawem pewnie damy jakieś recenzje tych pozycji.

Święta to również szansa, aby po raz enty obejrzeć rozczulające, tandetne filmy w stylu „Witaj, Święty Mikołaju”. Zabijcie mnie, ale ile razy patrzę na tę superplastyczną twarz Chevy’ego Chase’a, to chce mi się wyć ze śmiechu. Facet budzi we mnie 100 procent sympatii, inaczej niż np. George Michael, którego „Last Christmas” doprowadza do stanu przedbełtowego.

Ktoś, kto wychował się w domku jednorodzinnym i na co dzień mieszka teraz w bloku/kamienicy, ceni sobie w świętach jeszcze coś: w chałupie WRESZCIE można się wyspać. Nie budzi cię laska, która codziennie rano o 8 stuka szpilkami po holu. Ani pianista, grający swoje melodie o najdziwniejszych porach. Oraz kucharze z knajpy pod sypialnią. Nie, w hacjendzie masz zagwarantowany spokój i ciszę, które może co najwyżej zburzyć babcia pytaniem: co dziś chcesz, wnusiu, na śniadanie?

Ha, dla kogoś, kto mieszka sam to wspaniałe, że raz na jakiś czas może poczuć się jak małolat: rozpieszczany kulinarnymi frykasami przez kochane, starsze pokolenie.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑