Szeryf wraca do polskiej ligi! I zapewne będzie w niej rządził

Opublikowano Lipiec 15, 2013 | przez Dżordż

lijewskiii

Jako młody człowiek, piękny-dwudziestoletni, komentowałem mecze piłkarzy ręcznych Wisły Płock w lokalnym radiu. Regularnie jeździłem wówczas m.in. do Kwidzyna, gdzie występował miejscowy MMTS. Pewnego razu spytałem koleżanki-dziennikarki z tego miasta, jak właściwie powinno się je odmieniać:

– W Kwidzynie czy w Kwidzyniu?

– A mówisz w dupie czy w dupiu?

I stała się jasność.

Tego samego dnia w hali MMTS-u, w trakcie ligowego meczu, spotkał mnie drugi zabójczy cios, w efekcie którego o mało co… nie padłem z pragnienia.

Ale po kolei: jako że był to obiekt naprawdę kameralny, gospodarze mieli problemy ze znalezieniem miejscówki dla radiowca. Skutkiem czego komentowałem spotkanie z… ławki rezerwowych Wisły. W tym przypadku zwrot „ławka rezerwowych” trzeba potraktować dosłownie: kilkunastu potężnych chłopów w krótkich spodenkach siedziało na drewnianej, starej ławie w stylu tych, na których przycupywali w trakcie wuefu nauczyciele.

Skitrałem się obok nich i gadam, gadam, gadam, zbliża się 50 minuta, na maksa zaschło mi w gardle, sięgam po swoją wodę, a tu… pusto. Ktoś zwinął mi butelkę. Czuję, że zaraz przestanę mówić, rozglądam się wokół, szukam swojej zguby i nagle widze ją w rękach Marcina Lijewskiego, siedzącego na drugim końcu ławki.

– Tego szukasz bratku? – krzyczy „Szeryf”, śmiejąc się wniebogłosy.

– Zaraz ci oddam, tylko rzucę jakiegoś ładnego gola – dodaje, po czym zostawia wodę w rękach innego gracza, wpada na parkiet, w kilkanaście sekund później zdobywa bramkę, wraca pod ławkę, bierze butelkę, biegnie wzdłuż wszystkich graczy, przybija im piątki, a mnie… polewa wodą.

Wariat jakich mało. 

To działo się w sezonie 2001/02, ostatnim Marcina w Polsce. Po tych rozgrywkach wyjechał do najlepszej ligi świata – niemieckiej ekstraklasy. Spędził w niej jedenaście lat, a teraz wraca – dziś Wisła Płock poinformowała, że podpisywała z Lijewskim roczny kontrakt.

Jakby ktoś z was nie wiedział – Bundesliga piłki ręcznej to najlepsza ekstraklasa globu, taki odpowiednik futbolowej Premiership. Tyle że z piłkarską ligą angielską ewentualnie mogą jeszcze konkurować niemiecka czy hiszpańska, w handballu jest Bundesliga, a potem długo, długo nic.

Piłka ręczna jest w Niemczech prawie tak popularna jak nożna, moim zdaniem ma też większe grono kibiców niż siatkówka czy koszykówka. W takich miastach, jak Hamburg, Berlin czy Kilonia na mecze wpada regularnie po 8-10 tysięcy ludzi. Fani oglądają najlepszych szczypiornistów świata pośród których Lijewski był absolutnie wyróżniającą się postacią. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie, trzy razy wygrał krajowy puchar, dał się poznać nie tylko jako strzelec wyborowy, który rzuca piękne, efektowne bramki z drugiej linii, ale i jako asystent idealny. Jego no-look pasy na koło czy skrzydło przeszły do historii, nie brakowało dziennikarzy, którzy nazywali go… Xavim albo Johnem Stocktonem piłki ręcznej.

Marcin był szanowany przez dziennikarzy i lubiany wśród zawodników o czym miałem okazję przekonać się, kiedy zaliczyłem swego czasu imprezę z drużyną HSV Hamburg, której szefowie proponowali mu de facto nowy kontrakt. Umowę z Lijewskim chciał też podpisać najlepszy klub świata – THW Kiel. Obu tym drużynom nie przeszkadzało, że „Szeryf” to sportowiec dojrzały, urodzony w 1977 roku. Niemcy nie patrzyli w jego metrykę albowiem wiedzieli jedno – zdrowy Marcin to ciągle zawodnik topowy, mogący zrobić różnicę.

Skoro „Lijek” miał tak lukratywne propozycje, to dlaczego wraca do Polski? Odpowiedź jest banalna: bo chłop miał już dość życia na obczyźnie. Strasznie tęsknił za krajem, o czym mówił mi już kilka lat temu, po wspólnych paru głębszych.

Teraz Marcin spełnia swoje marzenie o zakończeniu kariery w Polsce i moim zdaniem nie przyjeżdża tu odcinać kupony, na sto procent. O ile tylko będzie zdrowy, to może być gwiazdą naszej ligi, nie tylko w sezonie 2013/14, ale i za rok czy za dwa lata. Może być prawdziwym „Szeryfem”, który będzie dzielił i rządził. I prowadził Wisłę Płock do… wicemistrzostwa Polski. Różnica między naftowym klubem, a bogatym zespołem Vive Targów Kielce jest bowiem tak duża, że nie zniweluje jej nawet tak znakomity gracz, jak Lijewski, dlatego srebro to wszystko, na co stać płocczan.

Swoją drogą to paradoks, że Marcin – zdecydowanie najbardziej utytułowany polski piłkarz ręczny w historii – nigdy nie zagrał w ekipie z województwa świętokrzyskiego, która stworzyła teraz najsilniejszy polski klub ever.

Tak w ogóle od Lijewskiego więcej medali i zaszczytów w sportach zespołowych zdobył chyba tylko jeden nasz zawodnik, mianowicie siatkarz Łukasz Żygadło.  Konkrety? Proszę bardzo: 3x mistrz Polski, 2x mistrz Niemiec, 3x zdobywca pucharu Niemiec, 3x wicemistrzostwo Niemiec, 2x drugie miejsce w Lidze Mistrzów, raz wygrana w Champions League, 2x medale MŚ. Robi wrażenie, prawda?

Tylko trochę szkoda, że Marcin zawsze grał jakies dwa razy gorzej w kadrze niż w Bundeslidze. Gdyby w reprezentacji Bogdana Wenty był równie genialny, co w koszulkach HSV Hamburg i Flensburga, to kto wie, czy Polska nie miałaby w 2007 roku złota mundialu zamiast srebra.

Brak przełożenia formy z klubu na drużynę narodową to jedna łyżka dziegciu w tym tekście, będącym beczką miodu dla Lijewskiego. Drugą jest jego… wrodzone lenistwo. Gdyby ten facet był równie pracowity co utalentowany, to moim zdaniem miałby szansę zostać nawet najlepszym piłkarzem ręcznym pierwszej dekady XXI wieku…

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑