„Sztuka Kochania”, czyli mimo wszystko niewykorzystany potencjał

Opublikowano Luty 5, 2017 | przez lucky bastard

636212012031947609

„Sztuce kochania” udała się rzecz wyjątkowa. To film, który jak dawno żaden zawładnął wyobraźnią Polaków. Nie wyobraźnią krytyków, nie wyobraźnią kinowych bywalców, ale mas. Umówmy się: zeszłoroczny Pitbull, jakkolwiek obronił się komercyjnie, był pod tym względem półkę niżej. Na „Sztuce kochania” zjawiają się ludzie, którzy w kinie nie byli od lat. Sale zapełniają się osobami, które zmobilizować na kinową wycieczkę potrafi jeden film na tysiąc.

Ten fenomen nie musi mieć jednak nic wspólnego z jakością. Jak więc z nią? W największym skrócie powiemy, że jest dobrze. Ale powinno być znacznie lepiej, bo historia Michaliny Wisłockiej jest fenomenalna. To samograj, który nie został potraktowano odpowiednio szczegółowo.

Życie w trójkącie w czasach II Wojny Światowej. Stanisław Wisłocki, który z jedną kobietą jest dla jej ciała, z drugą dla jej umysłu. Ma dzieci z obiema. Losy takiej zdeformowanej rodziny to już jest historia, z którą mogliby pracować najlepsi reżyserzy świata. Niestety, tu brakło głębi. Jak czuły się dzieciaki, którym wmówiono, że Michalina jest ich matką, podczas gdy jedno z nich było córką innej kobiety? Temat, który mógłby uwolnić wulkan emocji i pytań, tutaj jest potraktowany po macoszemu. Problem polega na tym, że samo życie prywatne Michaliny Wisłockiej nadaje się na miniserial, tymczasem tutaj dostaje pół filmu.

Druga część to walka o wydanie swojej książki, która uświadamia i oswaja z seksem. Nie jest to aż tak ciekawe, jak powyższy temat, a dostaje porównywalną liczbę czasu ekranowego. Natomiast trzeba filmowi oddać, że nie jest napuszony, nadęty, tylko potrafi pograć subtelnym humorem. Nie są to typowe żarty, tylko sytuacje – kobieta nie może zajść w ciążę z wysoko stojącym w partii mężem? Jej największym marzeniem jest dziecko? No cóż, ma przepisany wyjazd do Ciechocinka i przykaz dobrze się bawić. Wraca z brzuchem, mąż zachwycony, ona też, wszyscy szczęśliwi, choć wiadomo, że podłoże jest przewrotne.

Te chwile, które zostały potraktowane poważnie, bronią się. Rzeczywiście czujemy jak bardzo zacofana była pod względem wiedzy o seksie Polska przed kilkoma dekadami. Widzimy na konkretnych przykładach, jak zaczyna to się zmieniać. Za to brawa dla autorów, bo przecież takie miało być sedno filmu: rewolucja seksualna Polaków. Widzimy ją, a nie tylko słyszymy, że się właśnie dzieje.

Film jest bardzo piękny. Sceny plenerowe, scenografia – wysoka półka. Czasami może na ekranie nie dzieje się za wiele, natomiast wtedy i tak przyjemnie patrzy się na ten obraz. Polska wieś, scena na bazarze Różyckim, gdzie przez ładnych kilka minut nie mamy cięcia, a śledzimy Wisłocką jak Henry’ego Hilla w „Goodfellas”… Bardzo dobra robota. Widać, że pracowali przy tym ludzie utalentowani, którym się chciało. Nie ma fuszerki.

„Sztuka kochania” nie rozczaruje osób starszego pokolenia, które przyjdą do kina na podróż w czasie. Tak naprawdę te osoby będę bawić się najlepiej. Młodszy widz też powinien być usatysfakcjonowany, jest to intrygująca opowieść, a tylko krytyk filmowy i wyjadacz kinowy powie: no tak, jest naprawdę okej. Nie mam wrażenia, że straciłem czas. Natomiast widać zbyt wyraźnie, że mogło być znacznie, znacznie lepiej.

Komentarze

Gra aktorska
Scenografia
Fabuła
Zdjęcia

Podsumowanie: "Sztuka kochania" nie rozczaruje osób starszego pokolenia, które przyjdą do kina na podróż w czasie. Tak naprawdę te osoby będę bawić się najlepiej. Młodszy widz też powinien być usatysfakcjonowany, jest to intrygująca opowieść, a tylko krytyk filmowy i wyjadacz kinowy powie: no tak, jest naprawdę okej.

4.3


Ocena użytkowników: 0 (0 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑