Szybka babcia, groźne auta i kolega-gaduła, czyli witajcie na półmaratonie w Sochaczewie

Opublikowano Wrzesień 2, 2013 | przez Dżordż

bieg

Do mety były już tylko plus minus trzy kilometry. – Pobiję rekord życiowy, super! – szeptałem sam do siebie. I wtedy mym oczom ukazał się potężny podbieg…

Pobiec w półmaratonie w Sochaczewie w czasie 1:40, a dwa tygodnie później, w Płocku, zaatakować rekord życiowy (1:37:13) – taki był mój cel przed niedzielnym startem. Do zrealizowania? Raczej tak, choć do końca tak naprawdę nie wiedziałem na co mnie stać.

W lipcu nie trenowałem zbyt wiele, zamiast ciężkiej pracy postawiłem na picie. W sierpniu zapieprzałem już natomiast na całego, ale w związku z tym 1 września czułem w nogach duże zmęczenie. Nie nastawiałem się więc na spektakularny występ, dlatego do startu podszedłem mało profesjonalnie: nie wziąłem nawet ze sobą zegarka z GPS-em. A że na trasie nie było zająców, z którymi można biec pod konkretny czas, nie miałem wątpliwości, że to nie będzie mój bieg.

– Pobiegnę swoim tempem, bez szału, nie zależy mi na końcowym wyniku – tak powtarzałem sobie tuż przed startem.

Kilka minut przed rozpoczęciem wyścigu zweryfikowałem jednak te plany. Wygrała we mnie typowo polska, ułańska fantazja = stwierdziłem, że spróbuję pobić swój rekord już dziś.

3,2,1… start – wystrzeliłem jak z procy. Po kilometrze zakręciło mi się w głowie.

– Na jaki czas biegniesz? – spytałem kolesia obok.

– Na godzinę i dwadzieścia minut – odpowiedział.

Prr, szalony – skarciłem sam siebie w myślach. Jeśli nie chcesz paść za kilometr, zwolnij.

Pozwoliłem mu pobiec, a sam złapałem swoje, równe tempo. Tuż za plecami usłyszałem rozmowę trzech sympatycznych gości. Szybko do nich zagaiłem:

– W ile chcecie przebiec dzisiejszy dystans?

– Godzina trzydzieści pięć.

– No to pędzę z wami.

Po chwili zostało nas dwóch – ja i Tomek. Niesamowity koleś – w marcu zaczął trenować bieganie, a już w kwietniu zrobił maraton w 4:17!

– Mam lekką kontuzję, chciałem się dziś tylko rozbiegać przed wrześniowym maratonem w Warszawie. Przed startem stwierdziłem, że usatysfakcjonuje mnie czas w okolicach dwóch godzin, ale potem uznałem, że chcę być szybszy – opowiadał mój nowy kolega.

Jak widać nie tylko ja dałem się ponieść emocjom.

Tomek gadał nieustannie, co było mi na rękę – trasa mijała szybko. Zamilkł dopiero koło siódmego, ósmego kilometra gdy podbiegła do nas starsza pani.

– Mogę się przyłączyć?

– Jasne.

– Dzięki. Biegnę dziś dla wnuczka, chcę mu zaimponować – powiedziała, a minutę później… zostawiła nas w tyle.

Chwilę wcześniej dwóch uczestników biegu o mało nie zostało potrąconych przez auto. XXX Półmaraton ,,Szlakiem Walk nad Bzurą” to fajna impreza, ale ma jeden duży minus – trasa nie jest całkowicie zamknięta dla samochodów. Innymi słowy: uważaj jak biegniesz drogi sportowcu, bo mogą cię rozjechać.

– Trochę się męczę, jak chcesz to mnie zostaw – stwierdził bohatersko na dziesiątym kilometrze Tomek.

– Zróbmy tak: do piętnastego biegniemy razem, a jak dam radę, potem zafiniszuję – odparłem.

W połowie trasy wyrzuciłem na pobocze plastikową butelkę po wodzie z elektrolitami. Nic wielkiego, a jednak wzbudziłem czyjąś irytację.

– Co robisz chłopie? Odrzuciłeś ją za daleko, nikt jej nie znajdzie, zanieczyściłeś środowisko – jebał mnie jakiś patafian. Widać pośród biegaczy też nie brakuje ekologów-wariatów.

Puściłem te słodkie uwagi mimo uszu, biegłem z coraz bardziej zasapanym Tomkiem dalej. Tuż przed piętnastym kilometrem koledze rozwiązał się but.

– Dobra, ja lecę szybciej, do zobaczenia na mecie!

Przyspieszyłem tempo. W ciągu kilometra wyprzedziłem dziesięć osób i nadal czułem się dobrze. Z rytmu nieco wybiły mnie dwie kwestie: dwa ciężkie podbiegi oraz rozwiązana sznurówka.

Po chwili znowu odzyskałem spokój. Do mety były już tylko plus minus trzy kilometry. – Pobiję rekord życiowy, super! – szeptałem sam do siebie. I wtedy mym oczom ukazał się potężny podbieg. Oczywiście nie spodziewałem się go, ponieważ byłem do tego startu zupełnie nieprzygotowany = nie obczajałem przed wyścigiem trasy.

Kiedy człowiek czuje się rozluźniony psychicznie i nagle widzi coś takiego, jest to duży szok. W pierwszej chwili miałem ochotę się rozpłakać, w drugiej przypomniałem sobie o książce, którą obecnie czytam – „Ukryta siła” Richa Rolla (recenzja na Wyszło już niebawem).

To gość, który przed czterdziestką był grubaskiem z dwudziestokilogramową nadwagą, by potem w dwa lata stać się takim harpaganem, że zajmował wysokie miejsca w Ultramanach (hardcorowa wersja Ironmana).

– Facet dokonywał niesamowitych wyczynów, czymże jest wobec tego ten głupi podbieg? – myślałem sobie i takie podejście zaplusowało. Zamiast zwolnić przyspieszyłem. Gdy ogarnąłem to wzniesienie poczułem, że jadę na rezerwie. Starałem się jednak o tym nie myśleć, zamiast dramatyzować pozwoliłem nogom, aby mnie poniosły. Nie minęła chwila, a zobaczyłem stadion. Patrzę na swój zegarek bez GPS-a, a on wskazuje jednoznacznie – 1:32. O żesz kurwa, ale czas! Przyspieszam, idę na rekord!

Metę przekroczyłem z rezultatem nieznacznie powyżej 1:33. Rekord życiowy pobity o cztery minuty, druga połówka półmaratonu przebiegnięta o minutę szybciej od pierwszej, co za satysfakcja!

Pierwsza myśl po wszystkim: ale się wkopałem, teraz w Płocku muszę poprawić ten wynik chociaż o minutę. To moje rodzinne miasto, będzie wielu znajomych, nie mogę dać ciała. Myśl druga: wow, skończyłem bieg i nie mam zakwasów, ostatnio tuż za metą półmaratonu nie mogłem zrobić kroku, a teraz jest OK.

Oczywiście kilka godzin później nie było już tak fajnie. Coś gruchocze w lewym kolanie, naciągnąłem mięśnie prawego pośladka, boli jakby kto trafił mnie w zadek ze śrutówki. No i prawa pachwina wygląda koszmarnie, otarta niemal do mięsa.

Nic to, warto ponieść taką ofiarę dla życiowego rekordu. Poza tym kolejny start dopiero 15stego września, chyba zdążę się do tego czasu wykurować…

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑