Szydząc z Jamesa Franco. Roast nie ma sobie równych

Opublikowano Wrzesień 12, 2013 | przez MB

franco

Wszyscy szydercy i prześmiewcy śledzący Wyszło z pewnością słyszeli już o formacie zwanym z angielska roast. Inni być może jeszcze nie. Niedługo powinno się to zmienić, ponieważ polski oddział Comedy Central coraz śmielej poczyna sobie z tym komediowym gatunkiem. Ostatnio wyemitował „ruszt” Jamesa Franco.

Pomysł na roast śmiało bazuje na rozprzestrzeniającej się od lat idei internetowego hejterstwa. Anonimowi użytkownicy udzielający się na forach internetowych oraz w grupach dyskusyjnych w niewybredny sposób jadący komu popadnie. Najczęściej obrywa się gwiazdom.

Amerykańscy komicy wzięli się na sposób i zamiast z celebrytów drzeć łacha w domowym zaciszu, postanowili zapraszać ich na uroczyste gale. Elegancki outfit obowiązkowy. Na widowni przedstawiciele kina, muzyki i show biznesu. Na scenie zaproszeni goście oraz główny bohater, który dobrowolnie wystawia się na krzyżowy ogień najbardziej chamskich, wulgarnych, ale i inteligentnych żartów. Wszystkie autorstwa najlepszych stand uperów i aktorów komediowych. Nie ma lekko. Decydując się na uczestnictwo w tego typu programie trzeba być przygotowanym na wszystko.

franco2

W przeszłości na tego typu krok zdecydowali się m.in. Pamela Anderson, Donald Trump, David Hasselhoff, Joan Rivers, William Shatner czy Bob Saget. Najgłośniejszym jak dotychczas roastem okazał się ten Charliego Sheena, którego swego czasu wszyscy chcieli zlinczować. I chyba nadal chcą. Tej przyjemności dostąpili jednak nieliczni. Rolę gospodarza wieczoru, czyli tzw. roastmastera, pełnił Seth McFarlane. Loża szyderców składała się z dziewięciu członków: Jeff Ross, Anthony Jeselnik, Steve-O, William Shatner, Kate Walsh, Jon Lovitz, Amy Schumer, Patrice O’Neal oraz… Mike Tyson, którego nikt nie zrozumiał. Producenci programu okazali się równie złośliwi, co goście. Show zostało wyemitowane godzinę po pierwszym odcinku serialu „Dwóch i pół”, w którym Sheena zastąpił Ashton Kutcher.

Aktorowi wypomniano absolutnie wszystko. Narkotyki, dziwki, alkoholizm, liczne detoksy i stoczenie się na sam dół hierarchii społecznej. Podczas roastów nikt się nie patyczkuje.

Smaku łaskawości nie poznał też James Franco, który najbardziej naraził się niechlubną galą wręczenia Oscarów. Oficjalnie był jednym z najgorszych konferansjerów kiedykolwiek. Jest też postacią, której wszędobylskość irytuje nawet papieża. Aktorstwo, reżyseria, animacja, akcje charytatywne, malarstwo, literatura, tyka się wszystkiego co popadnie. Wszystkiego z równie kiepskim skutkiem.

W programach typu roast najważniejsze jest to, aby zrozumieć, czym tak naprawdę jest. Opiera się na tej samej zasadzie co parodia. Tylko osoby charakterystyczne, popkulturowo ważne i masowo ciekawe stają się jej przedmiotem. Za gwiazdy miałkie i bezbarwne nikt się nie bierze. Komikom i satyrykom również nie chce się strzępić języka, gdy przychodzi im nabijać się z byle kogo. Dlatego roast jest pewnego rodzaju hołdem i wyróżnieniem dla zaproszonego/zaproszonej. Producenci są przekonani o jego/jej inteligencji, poczuciu humoru i dystansie do siebie. Tylko od gwiazdy zależy, czy wybrnie z tego jak należy.

James’owi Franco się udało. Non stop cieszył japę, a gdy przyszedł czas jego wystąpienia, zakasował wszystkich.

Format powoli przeszczepiany jest na polski grunt przez grupę Stand Up Polska. Do tej odbyły się dwa „ruszty”. Na pierwszy ogień poszedł wyluzowany jak turecki kebab Hubert Urbański. Następnie oberwało się staczającemu się po równi pochyłej Szymonowi Majewskiemu. Oba dotychczasowe strzały okazały się celne. Polski show biznes słynie jednak z niskiego poczucia humoru i braku jakiegokolwiek dystansu. Misyjna postawa naszych artystów nie sprzyja rozwojowi roastów. Dlatego śmiejmy się z tych zza oceanu. Może są na maksa obciachowe, ale przynajmniej się tego nie wstydzą.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , ,



Back to Top ↑