Tak, jestem skurwielem. Nieczułym na wrażliwe kobiety bad boyem

Opublikowano Grudzień 10, 2013 | przez ZP

 bad ass

To prawdziwy dupek, który wykorzystuje dziewczyny. Weźmie Cię na kolacje, sympatycznie porozmawia, a chodzi mu tylko o jedno – aby dostać się do Twoich majtek. Co jak co, ale związku to on na pewno nie szuka.

Ilu współczesnych mężczyzn ma u kobiet taką opinię? Moim zdaniem naprawdę wielu. I dlatego będzie to tekst, który ma na celu… odbrązowić niektórych „ruchaczy”. Pokazać, że część z nich też flirtuje ze stabilizacją. Tyle że przeważnie jest skazana na porażkę…

Najlepiej opisywać własny ogródek, dlatego też zamierzam w tym miejscu skupić się na… sobie.

Gdyby słuchać wielu znajomych kobiet, doszlibyśmy do wniosku, że jestem skończonym alkoholikiem, narkomanem i dziwkarzem, mającym na zbyciu jakiś milion baksów po bogatej cioci z Ameryki, której nigdy nie widział. Niestety nie mam, a ze wspomnianych cech można mi przypisać co najwyżej nadmierną sympatię do procentów. Kogo obchodzi jednak prawda? Plotka poszła w ruch i już, mam przegwizdane. Niektóre koleżanki pewnie nie poszłyby ze mną nawet na kawę obawiając się, że niepostrzeżenie wsypałbym pigułkę gwałtu, by potem sobie na nich poużywać.

Fałsz.

Nieprawdą jest też to, że kompletnie zamknąłem się na związki i egzystuję na tym świecie tylko i wyłącznie w nadziei na kolejne niezobowiązujące ruchanie. Owszem, lubię przygody, ale nie jest tak, że czuję, iż  żyję tylko między jedną, a drugą z nich. Nie, gdy poznaje fajne dziewczyny, z którymi mógłbym zbudować coś trwalszego, daję im szansę. Problem w tym, że w czterech ostatnich takich sytuacjach to… one spieprzyły sprawę. Tak drogie Panie i Panowie, oto ja byłem gotów skumplować się z sympatycznym słowem „stabilizacja”, ale za każdym razem nie dało rady tego zrobić, ponieważ laski zachowywały się mniej lub bardziej dziwacznie.

Pierwsza z nich okazała się… furiatką. Miała wiele zalet, owszem. Ładne ciało,opalone, nawet z dwoma tatuażami. Dodatkowo prowadziła własną firmę, – kosiła niezłą kasę – a w robieniu loda radziła sobie jeszcze lepiej niż w interesach. Niestety, problem w tym, że podczas najdrobniejszej nawet kłótni rzucała się na mnie z pięściami, ewentualnie dokonywała… samobójczych prób starając się łyknąć kilkadziesiąt tabletek naraz. Owszem, po jednej takiej akcji godzenie się za pomocą zajebistego seksu bywa fantastyczne, ale żeby tak na co dzień? Można osiwieć i paść na zawał, nic więcej.

Druga też miała kilka plusów. Wysoka, szczupła, zawsze perfekcyjnie ubrana, a na dodatek niegłupia. Zupełnie nie wiem co ze mną robiła, nie moja liga, taka prawda. I tu zaskoczenie: to… ja odszedłem. Dlaczego, spytacie. Odpowiem dwoma słowami: bo płakała. Ale nie tak, że uszczknęła kilka łezek od wielkiego dzwona, podczas ślubu znajomych. Nie, ona ryczała permanentnie. Koleżanka opublikowała na fejsie zdjęcie piesków ze schroniska, a ta już, w ryk. Po dwóch godzinach udało mi się ją uspokoić, włączam wiadomości, w których mówią o katastrofie jakiegoś autobusu. Nie muszę dodawać, że na podłodze było tyle wody, jakby pękła uszczelka w trakcie prania. Miałem dość tego niekończącego się „Przeminęło z wiatrem”, dlatego wymiksowałem się z imprezy jeszcze zanim na dobre się rozkręciła.

Panna numer 3… była czytelniczką Wyszło. Tak tak moi drodzy, podryw na dziennikarza ciągle na propsie. Skrobnęła do nas maila, odpisałem i jakoś to poszło. Ach co to była za kobieta! Twarz lalki, ciało modelki, super pozytywna. Rozeszliśmy się jednak prędziutko, chyba dlatego, że męczyła mnie jej naiwność i…optymizm. Mając 28 lat postrzegała świat jak nastolatka. Przykład? Jej blog na fejsie lubi koło 130 osób, sama strona ma kilkaset odsłon dziennie, a mimo to nie robi nic, żeby poprawić fatalne statystyki. I jest przekonana, że za chwilę, dosłownie za momencik będzie… żyć z pisania. Absurd. Męczące było też to, że śmiała się co chwilę, kilkanaście razy na minutę, dosłownie ze wszystkiego. Czy mówiłeś o śmierci Szymborskiej, czy o dziurze budżetowej ona kwitowała to suszeniem zębów. Wiem, że zaraz ktoś zarzuci mi, iż jestem pojebem bo nie lubię optymistycznych lasek, ale zaufajcie mi, że taka nieustanna ekscytacja bywa dla faceta męcząca. Mężczyzna czasem potrzebuje nie tylko kieliszka, ale także ciszy.

Wreszcie czwórka, świeża sprawa. Na dwóch pierwszych spotkaniach było absolutnie magicznie. Dowcipnie, uroczo, z klasą. Na jednym sześć godzin nieustannego tokowania, na drugim cztery. Nie robiłem sobie żadnych nadziei na coś więcej, to nie w moim stylu. Nie, ja po prostu liczyłem na schadzkę numer 3. Wydawało się, że do niej dojdzie: dziewczyna pisała ze mną godzinami na fejsie, SMS-owała i nagle… mróz. Szybki skok z Acapulco na Syberię, właściwie nie wiem dlaczego. A że jestem nienachalny (nie tylko z urody!) to pogodziłem się z sytuacją i odpuściłem.

Jeśli dobrnęliście do tego fragmentu tekstu, powinniście zrozumieć jedno: to nie jest tak, że singiel koło trzydziestki z dużego miasta szuka tylko przygód. Jasne, że kiedy jest na nie szansa, to nie mówi „nie”, ale nie ucieka też przed czymś więcej. I nie chodzi tu nawet tyle o związek, co po prostu o fajną znajomość, z której z czasem może wyniknąć jakaś relacja. Problem w tym, że w tych czasach ciężko spotkać ciekawą laskę w podobnym wieku, która nie jest totalnym pasztetem i nie ma dziwacznych jazd. Większość takich albo jest zajęta, albo… sam nie wiem co, no ale w każdym razie ja na takie nie wpadam.

Pech? Kara od Boga za kilka one-night standów? A może po prostu jest mi pisany los 60-latka, który odwiedza regularnie solarkę, zaliczył właśnie trzeci przeszczep włosów z dupy, a wieczorami wpada do dyskoteki rwać laski w wieku wnuczek kolegów?

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑