„Takie rzeczy” czyli po prostu… takie zwykłe rzeczy

Opublikowano Marzec 5, 2014 | przez Gofrey

keke_targ

Posty, które przypominają SMS-y wysyłane taśmowo do znajomych w newralgicznych momentach najebki. Otwarta przyłbica. Pewna siebie deklaracja – wjeżdżam tu po hajs, a do tego stylizacja polegająca na… absolutnym braku stylizacji. KęKę, gość z trzema dyszkami na karku, alkoholik i materialista, który płynnie zmienia się w filozofa i politologa. Jeśli rap to w założeniu muzyka bloków i bezkompromisowa relacja minutowa z życia pokolenia zawieszonego między młodzieńczymi odpałami i absolutnie dorosłymi obowiązkami – KęKę i jego płyta „Takie rzeczy” to kanon. Wzór. Definicja.

KęKę trafia tam, gdzie do tej pory w rapie spoglądało się rzadziej. Wraca na bloki, które nie wyglądają już tak jak dziesięć lat temu. Wraca na bloki, ale nie jest to kolejna historia o trawie i policji, ani tym bardziej o biedzie. Dziś te same bloki zamieszkują wykolejeńcy, których stać na wódkę, szampan i wjazd do klubów, ale nie stać na stały związek. Goście, którzy niekoniecznie chcą pracować, ale bezkompromisowo żądają wynagrodzeń. Faceci, którzy potrafią w godzinę złamać wszystkie przykazania dekalogu, by zakończyć wieczór w fotelu, czytając książkę historyczną i szczerze modląc się do Boga. Potencjalne sprzeczności, obraz szarego obywatela Republiki Blokowej, specyficznego miejsca, gdzie walkę o wyrwanie się z getta (tradycyjny obiekt rapowych hymnów) zastąpiła walka o jakąkolwiek klarowną odpowiedź na pytanie o to, co w życiu jest ważne.

Radomski raper – świadomie, lub nieświadomie – pokazuje paradoksy rządzące pokoleniem urodzonym między 1980 a 1990 rokiem. Imprezy, wódka, przelotny seks, a tuż obok – jak określa sam raper – „patetyczne gówno” o Polakach na Litwie i Ukrainie. Kawałek o wszystkich pokusach towarzyszących raperowi w trasie koncertowej, a chwilę później bojowe utwory o patriotyzmie i wojnie. Wreszcie odważne wersy o swoich materialistycznych pobudkach, postawione w sąsiedztwie osobistego utworu kierowanego do siostry. KęKę po piętnastu kawałkach swojej płyty jawi się jako chłopak z sąsiedztwa, ten sam, który wczoraj wrócił najebany i zostawił prezent na wycieraczce, ale jutro pomoże wnieść zakupy i odprowadzi do kościoła. Jako facet, który faktycznie rapuje o tym, jak wygląda życie w wielkiej płycie – bezcelowe stanie w kręgu na osiedlu, wieczne kombinowanie oraz litry wódki, ale i ciągłe próby dorośnięcia, osiągnięcia dojrzałości i stabilizacji.

Zawieszenie między szaleństwami młodości, a typowo „dorosłymi” problemami. Między hedonizmem, a szerokim spojrzeniem, odpowiedzialnością i wychowywaniem syna. Ponury paradoks i absurd trzydziestoletnich nastolatków, ale i dwudziestoletnich starców…

A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze mordercze bity, niesamowity głos i flow Kędziora (unikalne i rozpoznawalne, ze znakiem firmowym: dźwięcznym „huurwaaa”) oraz zabawa stylem. Efekt? Świeżość i oryginalność, która nie opuszcza samochodowego audio już od ponad dwóch miesięcy. Warto wydać te kilka złotych, choć sam KęKę tłumaczy na płycie, że „jak chcesz kupić to kup, ja bym wolał kupić wódy, a za resztę coś na sztuki wziąć szlug”.

Cały on.

 

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑