Dlaczego chodzę na balet i wciąż uważam, że jestem prawdziwym mężczyzną

Opublikowano Styczeń 22, 2013 | przez Dżordż

baletKupiłem ostatnio bilety na balet i uważam, że jestem normalny. Zdarza mi się wpadać do teatru i czasem nawet uronić łezkę na przedstawieniach, mimo że nie należę do ludzi specjalnie wrażliwych. Zdziwieni?

Długie, piękne włosy, idealna figura, wysokie szpilki, które są u niej tak naturalne, jakby się z nimi urodziła, oraz zawsze świetnie dobrana sukienka. Julia, moja przyjaciółka. Reżyser teatralna, chyba najwrażliwszy człowiek jakiego znam.

Poznałem ją w lutym 2008 roku. W tamtym czasie spędzaliśmy długie godziny na rozmowach o książkach, filmach, muzyce i teatrze. Jeździliśmy w nocy po Warszawie słuchając setek płyt i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. W międzyczasie zawsze zaliczaliśmy kawę, hot-doga i pączka na stacjach, w związku z czym złapałem kilka kilo nadwagi. Złapałem też przy okazji coś jeszcze – bakcyla do teatru.

Julia tłumaczyła mi od zawsze, jak wiele tracę  w związku z tym, że nie wpadam na spektakle. Zdarzają się fajne filmy, mówiła, ale teatr to co innego, wyższa półka, to mikroświat jakiego nie ma gdzie indziej.

Poszedłem więc na jej sztukę. Po godzinie wiedziałem już, że to jest to. Pasja, z jaką grali aktorzy, idealnie dobrana muzyka, kapitalna scenografia – to wszystko sprawiło, że opuszczałem teatr wstrząśnięty. I zmieszany – zawsze wydawało mi się, że – może poza dobrą książką – nie ma nic lepszego niż fajny film. Czułem się, jakbym przegapił coś w życiu. Przez kilkanaście lat.

Jasne, duży ekran bywa cudowny, ale to w teatrze człowiek rozpada się na tysiąc cząsteczek. Nie tylko dlatego, że na widowni mocniej odczuwa się wszystkie bodźce wokół niż przed telewizorem, czy w kinie – przecież ma aktorów na wyciągnięcie ręki.

Jest jeszcze inny powód: na planie aktor może się pieprznąć kilka razy, nie ma problemu. Zrobi się przecież dubla i koniec końców wszystko i tak będzie cacy. Teatr nie wybacza takich błędów. Tu musisz być przygotowany perfekcyjnie. I grać bez względu na to, czy jesteś chory, przemęczony czy zdołowany. To poświęcenie jest niemal wyczuwalne w powietrzu i sprawia, że człowiek niesamowicie docenia ludzi na scenie.

Tak w ogóle to aktorzy mawiają, że jedynym usprawiedliwieniem do opuszczenia spektaklu jest śmierć. Brzmi poważnie i… dobrze albowiem teatr to poważna sprawa. Czasem też bawi, a nie tylko smuci czy zastanawia, ale na pewno nigdy nie pozostawia obojętnym. Teatr to miejsce magiczne, wyzwalające w nas emocje o istnieniu których wcześniej mogliśmy się nawet nie podejrzewać.

(Powtórzę: mówię to jako dorosły człowiek z bogatym życiem erotycznym).

Dam przykład: Julia zrobiła kiedyś spektakl na podstawie pamiętników Anny Frank, młodej żydówki, która wraz z rodziną ukrywała się przed Niemcami w trakcie wojny. Byłem na nim kilkakrotnie, za każdym razem na widowni siadała inna publika: a to gimnazjaliści, a to emeryci. Po każdym z przedstawień wielu ludzi płakało. Ci młodzi, bo chyba nie byli świadomi, jak ciężkie były to czasy. Ci dojrzali ponieważ zapewne przypominały im się historie opowiadane przez rodziców i dziadków.

Balet doceniam w sumie z tych samych powodów co teatr, w końcu to jego kuzyn. Główna różnica między jednym i drugim polega na ruchu scenicznym. Ten w wykonaniu baletnic i baletmistrzów jest czymś niepodrabialnym. Z taką płynnością to ruszają się chyba tylko piłkarze Barcelony w trakcie klepania piłki.

Ale nawet Leo Messi nie jest tak porozciągany i wygimnastykowany, jak ludzie baletu. Argentyńczyk nie ma też chyba równie doskonałej kondycji: wykonywanie tych wszystkich cudnych piruetów naprawdę wymaga przygotowania wytrzymałościowego niczym u triathlonisty.

Lubię oglądać z perspektywy widowni te zmagania z własnymi słabościami dzieciaków, którzy występują w balecie. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym spektaklem przekraczają granicę własnych możliwości. I to jest naprawdę zajebiste, zaufajcie mi. Albo lepiej nie; nie róbcie tego i pójdźcie sami sprawdzić, czy mam rację.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑