Tęcza, tęcza, wszędzie tęcza!

Opublikowano Listopad 12, 2013 | przez ZP

Warszawa, Polska. Pan Józek, archiwista z TVP, nie zdążył jeszcze przełknąć kawałka ulubionej kanapki z pasztetową, przygotowanej przez ukochaną żonę Stanisławę, kiedy do drzwi zastukały jakieś potężne pięści.

– Otwieraj skurwielu! – usłyszał, a delicje stanęły ze strachu w gardle. Jako że nie był to Chuck Norris ani nawet Marek Kondrat, spełnił żądanie. Oczom jego ukazało się kilkunastu mężczyzn. Młodych, potężnie zbudowanych, w kominiarkach na głowach:

– Gdzie to jest? Gdzieeeeeeee! – krzyczęli jeden przez drugiego.

Józef Kowalski oniemiał. Nie wiedział o co chodzi, ale ze strachu nie mógł tego powiedzieć. Wnet otrzymał cios w twarz. Mocny, poczuł jak chrupie mu nos.

– Za Polskę! – krzyknął jeden z agresorów. – Za ojczyznę!

Pan Józef padł. Stracił przytomność. Chwilę potem ją odzyskał, ponieważ złoczyńcy polali mu głowę lodowatą wodą. A następnie zakomunikowali:

– Chcemy je wszystkie, rozumiesz? Wszystkie! Kasety z nagraniami Tęczowego Music Boxu. Musimy je spalić – zakomunikował herszt bandy.

Był 12 listopada 2013 roku. Pan Józef  oglądał dzień wcześniej wiadomości i wiedział, że z tymi od tęczy nie ma co polemizować. Posłusznie wyjął więc pęk kluczy i zaczął szukać tego właściwego…

 Muzyka inna Płyta: Tęczowy Music Box - Piosenki Dla Dzieci

St. Petersburg, Rosja. Wasilij lubił swoją pracę. Bo miał kontakt ze sztuką – w końcu strzegł dostępu do Państwowego Muzeum Ermitażu, w związku z czym raz do roku mógł je za darmo zwiedzać. Bo zarabiał godne pieniądze – na tyle duże, że miał zamiar przed tymi świętami oświadczyć się ukochanej Oldze.

– O ile ich dożyję – pomyślał, ciągnąc z piersiówki solidny łyk wódki, a potem śmiejąc się w duchu. No bo przecież chronił muzeum, a nie prezydenta Władimira Putina, cóż więc złego mogło go spotkać? Przez pięć lat pracy „najgroźniejszą” sytuację miał z emerytką, która przyjechała na zwiedzanie z Moskwy i nie mogła pogodzić się z tym, że trzeba już wyjść, ponieważ zamykają.

– Jest pan sflaczałym chujem! – usłyszał od niej Wasilij i nie mógł się serdecznie nie zaśmiać myśląc przy okazji: jak można aż tak bardzo kochać sztukę?

Jedno spojrzenie w kamery i już, radość, jaką spowodowało tamto wspomnienie, zastąpił strach. Ogromny i nieoczekiwany.

Oto bowiem pod muzeum pojawiła się spora grupa napakowanych i zamaskowanych kolesiów. Wasilij lubił sobie potrenować w siłce, ale musiał przyznać, że takich kabanosów to jeszcze nie widział. Przerażony Rosjanin najpierw zatelefonował na policję, a potem wyszedł do grupy olbrzymów, która mówiła coś w dziwnym języku, na pewno nie Tołstoja i Dostojewskiego.

– My patrioci, patrioci! – wykrzykiwał największy z nich. Raptem u jego boku stanął trochę niższy, który rzucił płynnym rosyjskim:

– Potrzebujemy obrazu Rubensa. Musimy go spalić. Albo go nam dasz, albo już po tobie – usłyszał Wasilij i zaczął się modlić, by policja zdążyła przyjechać na czas, zanim przybysze go zmasakrują. Gdzieś tam w tyle głowy migotały wczorajsze obrazki z dalekiej Warszawy. Ochroniarz pojął już, że naprzeciwko niego stoją prawdziwi bojownicy o wolność, z którymi nie ma żartów. Szczególnie jeśli chodzi o tęcze…

rubens

Gdzieś w Nowym Jorku, USA. Wnuczka Harolda Arena także chciała być artystką. Dziadek był popularnym kompozytorem muzyki, jej marzyło się raczej, by grać w filmach.

Oglądała właśnie ukochaną „Casablankę”, kiedy usłyszała pod drzwiami swojego domu straszliwy harmider. Pomyślała, że to jacyś akwizytorzy i zignorowała problem podgłaszając telewizor. Film dochodził właśnie do finałowej fazy, Bogart szedł już ze swoim przyjacielem w siną dal, kiedy to w salonie rozległo się głośne dudnienie.

Dziewczyna struchlała – zdała sobie sprawę, że ktoś naprawdę agresywny znajduje się na ganku. Spojrzała przez wizjer i niestety tylko potwierdziła swoje przypuszczenia. Metr obok niej, po drugiej stronie cienkich, drewnianych drzwi stało trzech gangsterów. Twarze poorane bliznami, głowy wygolone na zero, tak, ci goście ewidentnie szukali zaczepki. Liv nie zdążyła jeszcze wybrać numeru policji, gdy dwóch z nich mocnymi kopami rozwaliło wejście do jej świata. I oto stanęli naprzeciwko niej, wstawieni, przepoceni z żądzą mordu w oczach.

– My do Harolda Arena – powiedział jeden z nich łamaną angielszczyzną.

– Czego od niego chcecie? – ripostowała drżącym głosem Amerykanka.

– Dostanie od nas po łbie, za to, że napisał tę pedalską piosenkę Over the rainbow.

– Dziadek nie żyje od 1986 roku.

Kolejnych zdań Liv już nie zrozumiała. I nie ma się co dziwić, bo były wypowiedziane w języku polskim:

– Heniek, kurwa, jakeś sprawdzał tego Arena? To myśmy jechali tyle kilometrów, żeby kutasowi spuścić wpierdol, a on nie żyje?! To może chociaż zajebiemy tej lasce telewizor, chyba ma taki nowoczesny, pięćdziesięciocalowy…

 

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑