Telefonował, smsował, gadał przez CB radio i z pasażerką. Trafił mi się zajebisty kierowca. Dziękuje Bogu, że żyję

Opublikowano Grudzień 23, 2013 | przez Dżordż

kierowca

Do prowadzenia auta mam mniej więcej taki sam pociąg, jak do konstruowania mostów. Czyli zerowy. Odkąd pamiętam, temat samochodów dla mnie nie istniał. Za dzieciaka nie kręciły mnie resoraki, za nastolatka nie jarałem się możliwością prowadzenia bryki w obecności taty. W efekcie nigdy w życiu nie usiadłem za kółkiem i wcale tego nie żałuję.

Żałuję za to czego innego – że życie zmusza mnie do tego, aby często podróżować w roli pasażera. W dobrze rozwiniętym kraju nie miałbym tego problemu, ponieważ korzystałbym z pociągów. W Polsce jest jednak z tym spory problem. Nie szukając daleko – jeśli chcę dojechać z Warszawy do rodzinnego Płocka, jestem skazany na busa/auto. Powód? Na trasie między tymi dwoma miastami… nie ma torów. Jest możliwość podróży pociągiem przez Kutno, ale bądźmy poważni. To okrężna droga, której przebycie zajmuje mniej więcej 3,5 godziny z przynajmniej jedną przesiadką. Dziękuję, postoję. A właściwie pojadę, niestety autem. Albo autobusem.

Jazda z Warszawy do Płocka trwa około 1:40-2:00. Jak już muszę ją odbyć, staram się jechać z kimś komu ufam. Niestety, czasem bywa tak jak dziś – nikt znajomy akurat nie śmigał do domu na święta koło 11 rano. Wybrałem więc jedną z „trumien” na kółkach. Tak właśnie nazywam malutkie busiki, na kilkanaście osób. Dlaczego? Bo jest w nich ciasno, wręcz klaustrofobicznie. I niewygodnie – niskie zawieszenie sprawia, że każda nierówność jest maksymalnie odczuwalna. Człowiek podskakuje na siedzeniu tak, że bez trudu mogę sobie wyobrazić jak co wrażliwsza kobieta osiąga podczas takiej podróży szczyt. Jestem w stanie wyobrazić sobie też coś jeszcze – kierowca traci panowanie nad pojazdem i wpadamy pod jednego ze stu tirów, które mija się po drodze. To o tyle możliwe, że prowadzący te wehikuły hurtowo łamią wszelkie zasady bezpieczeństwa.

Dziś np. trafiłem na misia z ADHD, który zachowywał się jak kompletny psychol. Zaczęło się od tego, że bus podjechał na przystanek z… pasażerką w środku. Okazało się, że była to jakaś znajoma tego gościa. Facet na oko koło 40stki, chudy, z wąsem, typowy Janusz. Rubaszny żart, widoczne braki w języku polskim plus chęć do zaimponowania studentce, która siedziała na miejscu obok. Kolo prawie w ogóle… nie patrzył na drogę tylko ciągle na nią. Przeciągłe spojrzenia starego satyra, który myśli, że uwiedzie gówniarę. – Nie, raczej się to nie zdarzy, bo prędzej nas zabije – taka była moja myśl.

Jakże byłem radosny gdy okazało się, że laska jedzie z nami tylko do metra Marymont! Uff, przeżyjemy, gościu skoncentruje się na jeździe, a nie rwaniu.

Oczywiście moja radość była przedwczesna. Janusz został sam, ale nie znaczy to, że nie umiał sobie zorganizować czasu, o nie. Chwilę po tym jak dupencja opuściła pokład, wyjął swoją przedpotopową komórkę i rozpoczął rozmowę. Śmichy-chichy, jakieś zboczone żarciki, jakieś docinki. Generalnie bardziej niż na prowadzeniu pojazdu skupiał się na telefonicznej konwersacji. W pewnym momencie koleś zaczął… jechać na dwa baty. To znaczy w lewej ręce trzymał aparat, a w prawej to dziwaczne coś, czym komunikujesz się z ludźmi przez CB radio.

Wow, jadę busem prowadzonym przez gościa, który do tego celu nie musi używać dłoni, super! Żegnajcie mamo i tato, szkoda, że przeczytacie o mnie w onecie: Tragedia na drodze Warszawa – Płock. Bus zderzył się z TIR-em. 10 osób nie żyje.

Po dwóch minutach tej ekwilibrystycznej jazdy koleś olał CB oraz komórkę i nie, nie skupił się na jeździe, to byłoby oczywiście zbyt banalne. Prawą ręką zaczął szukać odpowiedniej stacji radiowej, a lewą czegoś w schowku w drzwiach. Jak się okazało, chodziło o czekoladę! Nasz bohater zaczął się nią zajadać: szybko, łapczywie, zupełnie jakby zaraz ktoś z pasażerów miał zrobić skok na te słodkości.

Gdy skończyło się delektowanie, rozpoczęło się… smsowanie. Tak tak moi drodzy, ten sympatyczny Janusz najwidoczniej lubi życie na krawędzi. Dlatego przez kolejnych na oko 40 kilometrów napierdalał wiadomości tekstowe, zapewne do tej panny z siedzenia obok, zapewne jeszcze słodsze niż Milka, którą pochłonął w dwie minuty. Trzy sekundy patrzenia na telefon, sekunda na drogę, trzy na telefon, sekunda na drogę i tak dalej, i tak dalej.

Obserwowałem to wszystko z nieskrywanym przerażeniem. Zastanawiałem się co zrobić: zadzwonić po policję, podejść do klienta i zacząć mu grozić donosem do szefostwa firmy, a może po prostu wzniecić bunt na pokładzie wehikułu? Zanim wybrałem którąkolwiek z opcji, przekroczyliśmy metę. Dojechaliśmy do Płocka cali i zdrowi. Znowu się udało!

Pytanie: ile jeszcze razy będę miał tyle farta, że idiota za kółkiem akurat nie wpadnie pod TIR-a płodząc wiadomość tekstową albo skupiając się na telefonicznej gadaninie zamiast prowadzenia? Kierowcy busów nie mają wyobraźni, naprawdę. Prowadzą je od lat, a mimo to chyba nie zdają sobie sprawy, jak cienka jest linia między bezpieczną podróżą, a straszliwym wypadkiem, który pochłonie kilkanaście ofiar.

Ktoś powie, że panikuję. Że przesadzam, ponieważ sam nie prowadziłem nigdy auta i nie rozumiem jak to jest. Może i nie, ale wierzcie – naprawdę wiem jak niewiele potrzeba, żeby doszło do konkretnego wypadku. Wiem, bo taki zaliczyłem, chociaż bez ofiar.

Jechałem kiedyś ze znajomą. Była to osoba permanentnie niewyspana i zestresowana prowadzeniem sporej firmy. Śmigaliśmy autostradą, a potem zwykłą drogą. Niestety, ona… złapała jakąś stopklatkę. Efekt? Jechała lewym pasem, pod prąd. Chyba wydawało jej się, że ciągle jesteśmy na autostradzie. Ja akurat rozmawiałem przez telefon, nie zwróciłem uwagi na to co się dzieje. Kiedy w końcu – w ostatniej chwili – zauważyłem co jest grane, kazałem jej wrócić na naszą stronę.

By uniknąć zderzenia z pojazdem z naprzeciwka, odbiła w prawo szybko, zbyt gwałtownie. Zarzuciło nas strasznie, auto obróciło się o 180 stopni. Byliśmy przodem do samochodów za nami i w takiej pozycji wyjebało nas z drogi. Drzewo, drzewo, drzewo, 5 metrów przerwy, drzewo, drzewo – tak wyglądało pobocze. Mieliśmy fart – wbiliśmy się w tą wyrwę. Poza potłuczeniami nic nam się nie stało, ale przód auta był kompletnie skasowany…

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑