Spieprzyłeś coś ważnego? Nic straconego, przecież można… cofnąć się w czasie

Opublikowano Listopad 6, 2013 | przez Drysus

About Time trailer - video

Nie jest łatwo trafić do świadomości widza i odcisnąć na nim piętno swojego nazwiska. Zrobić coś zaskakującego, oderwanego od oklepanej rzeczywistości dziesiątek i setek bezpłciowych reżyserów, od których w ostatnich latach zaroił się świat kina.

Każdy może spróbować, ale niewielu potrafi tego dokonać. No, ale czy nie właśnie za to kochamy np. Tarantino? Właśnie za ten specyficzny styl, bezkompromisowość i mocno wyryty podpis pod każdym zrobionym przez niego filmem? Lepszym lub gorszym (są w ogóle takie?), ale zawsze zagranym w tych samych tonach. Tonach „typowego Tarantino” – zawsze klasa i odpowiedni poziom. I to mimo absurdalnie wysoko zawieszonej poprzeczki.

Tym razem na szczyt spróbował wspiąć się pamiętany przede wszystkim z  „Love Actually”  Richard Curtis ze swoją najnowszą produkcją, „Czas na miłość”. Filmem, którego z racji samego cukierkowego tytułu w życiu bym nie obejrzał (w angielskim brzmi sensowniej, mniej obciachowo: „About Time”), gdyby nie dziesiątki pozytywnych opinii moich znajomych. I ani jednej negatywnej! Żadnego „słabe, szkoda czasu” czy „co za gówno”. Zamiast tego same ochy i achy. Ze wszystkich stron.

Rzadko ufam ludziom w kwestii filmów. Jakoś tak mam, że nowe pozycje dobieram intuicyjnie sam. Gusta są różne i zbyt wiele razy się sparzyłem. Tym razem, sam nie wiem dlaczego, zaufałem, poszedłem i… zaliczyłem naprawdę mocnego dzwona.

Zrobić dziś dobrą komedię to naprawdę coś, ale pomieszać to z dramatem, dodać szczyptę romansu, zmiksować z science fiction i podać w taki sposób, żeby nie smakowało jak odgrzewana wczorajsza pizza… tak, to dopiero jest sztuka. I to sztuka przez duże „S”.

Subtelne przeskakiwanie z okrytej tajemniczym płaszczem fantazji komedii w chwytający za serce dramat i delikatna zabawa emocjami widza poprzez umiejętne manipulowanie uczuciami bohaterów. Esencja ambitnego kina zamknięta w małym świecie Cutrisa. Hmm, a może wcale nie takim małym? Może zdecydowanie większym niż się pozornie wydaje? Szczerze mówiąc, nie wiem. Im dłużej myślę o tym filmie, tym częściej łapię się na tym, że niektóre fragmenty odczytuję inaczej. Czyżbym się w tym świecie pogubił? Może, ale jedno wiem na pewno: jest to świat, w jakim często sami bardzo chcielibyśmy żyć, choć zazwyczaj wstydzimy się do tego przyznać. Świat, w którym zawsze dostajesz drugą szansę. Możliwość naprawy własnych błędów. Świat, w którym swoim życiem możesz w pełni pokierować sam. Drugi raz, gdyby za pierwszym podejściem coś się spektakularnie spierdoliło.

Wyobrażacie sobie, jak cudownie byłoby móc cofnąć się o kilka chwil i podejść jeszcze raz do tej świetnej laski przy barze, przy której wcześniej, zamroczony piątą szklaneczką whisky, zrobiłeś z siebie totalnego durnia? Gdybym tylko mógł zrobić coś jeszcze raz… Ciekawe. Wybrałbym te same studia? Wątpliwe. Może zamieszkałbym w zupełnie innym mieście? Kto wie. A może wyjechałbym do jakiejś Szwajcarii, kupił mały domek u podnóża gór i wiódł zupełnie inne życie? Prawo lub lewo – gdybym tylko mógł zdecydować jeszcze raz… O ile życie byłoby wtedy… no właśnie, jakie?

Tim – młody chłopak mocno przywiązany do ojca. Za głupi na życie i zbyt rudy na panienki. Trudno, taki los. Grający go Domhnall Gleeson dowiaduje się jednak, że ten los można nieco przekręcić. Oszukać. Jak każdy mężczyzna w rodzinie posiada umiejętność… podróżowania w czasie. Jest oczywiście kilka drobnych „ale”, jednak szkoda byłoby zdradzać szczegóły. Generalnie może cofnąć się do momentu, który już przeżył i nadać wydarzeniom nowy bieg. Sprawić, że „jutro” stanie się lepsze. I zaczyna z tego korzystać…

„Czas na miłość” to, najkrócej mówiąc, historia życia. Takiego, jakie sami chcielibyśmy mieć. Nauka doceniania świata, który nas otacza. Łapania każdej bezpowrotnie ulatującej chwili. Czerpania w pełni z codzienności, która już nigdy się nie wydarzy. Dostrzegania ludzi, którzy pojawiają się na naszej drodze. Tu i teraz. Pełnymi garściami.

Wychodziłem z kina w bardzo pozytywnym szoku. Spodziewałem się taniego romansidła bez żadnej głębi, stylu i ambicji, a dostałem pięknie opakowaną (na pierwszym planie słodka buźka Rachel McAdams!), choć ryzykowną mieszankę gatunków, zakończoną bardzo mądrym przekazem, który wyjątkowo mocno wrył mi się w pamięć.

Życia to pewnie nie zmieni, ale… kto wie?

Komentarze

Pomieszanie gatunków
Curtisowy humor
Morał
Sylwetka Rachel McAdams

Podsumowanie: Film, który po prostu trzeba zobaczyć. Samemu, z dziewczyną, bez znaczenia. Trzeba. Nie zważając na żenująco prostacki tytuł.

4.8


Ocena użytkowników: 4.8 (3 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑