Tenis – moja (nowa) miłość

Opublikowano Lipiec 5, 2013 | przez ZP

Jerzy-Janowicz_2605197b

 

Gdy rok temu Agnieszka Radwańska grała w finale Wimbledonu, byłem akurat na festiwalu gwiazd w Międzyzdrojach. W dniu meczu założyłem, że bezproblemowo znajdę w tej mieścince knajpkę, w której to epokowe spotkanie będzie transmitowane. Błąd.

Na dwadzieścia minut przed pierwszą piłką, biegałem po kurorcie szybciej niż potem Aga po korcie. Co restauracja, to brak telewizora. Albo odbiornik jest, ale już kanału, na którym będzie mecz ni grzmota.

W końcu wpadłem do takiej tępej mordowni. Bywalcami byli chyba sami lokalni rybacy, rano wypływający w morze, a od wczesnych godzin popołudniowych łojący ile się da. Ale to nieważne – patrzę w ekran, a tam jako żywo Polsat Sport! Pytam barmana, na oko spędzającego w siłce więcej godzin niż w pracy, czy będzie można obejrzeć finał.

– Nie, zaraz włączamy serial. W nim się toczy prawdziwe życia, a nie na korcie.

No pięknie. Trafił mi się wiejski filozof. Prosiłem, groziłem, próbowałem go przekupić. Nic to, facet był nieprzejednany. A ja wściekły.

– Mam w Warszawie restauracje, gdybym prowadził ją tak, jak ty, jebany głąbie, zbankrutowałaby po dwóch dniach – w amoku kłamałem jak z nut.

Gościu błyskawicznie do mnie wystartował. Na szczęście rybacy zarzucili sieci, w tym przypadku utkane z rąk, i go zatrzymali. Miałem farta, ponieważ bez wątpienia ten klocek, którego udo ważyło tyle co cały ja, by mnie zaciukał.

Wracałem do hotelu załamany faktem, że nie obejrzę historycznego wydarzenia w polskim sporcie, aż tu nagle oczom mym ukazała się restauracja. Ostatnia przed kwaterą. I, naturalnie, była w niej możliwość obejrzenia spotkania. Było zajebiście, nawet jeśli jedyną klientelę poza mną stanowili akurat niemieccy emeryci, krzyczący co któreś zagranie Radwańskiej: Ja!

Czułem się trochę jak na planie geriatrycznego pornola, ale nic to. Dałem radę, ku chwale ojczyzny!

Po tym meczu na jakiś czas zapomniałem o istnieniu takiego sportu, jak tenis. Aż nadeszła piękna, paryska jesień.

Przed francuskim turniejem wiedziałem o Jerzym Janowiczu właściwie tylko tyle, że jest wysoki, szczupły, ma straszliwie pierdolnięcie z serwisu, a rodzice niemal zbankrutowali, by mógł trenować, jeździć po świecie i grać. Po imprezie znałem już całą jego biografię na pamięć. Byłem też bogatszy o jakieś sto siwych włosów i 500 złotych – w przypływie patriotycznego szału stawiałem na Jerzyka w kolejnych meczach, teraz żałuję, że były to tak zawstydzająco niskie sumy.

Pamiętam to do dziś: gdy Janko Tipsarević, ten luzak, któremu nigdy nie znika z ust uśmiech, schodził z kortu po starciu z polskim taranem niemal zapłakany, czułem dumę. Kiedy Andy Murray obrywał od Jerzego po dupie, to już było coś więcej niż duma – autentyczne wzruszenie. Oto chłopak z kraju, który nie ma dziesięciu porządnych kortów leje faceta, wychowywanego od maleńkości na tenisową maszynkę do zarabiania milionów. Bosko!

Przed finałem z karłowatym Davidem Ferrerem, który bardziej pasowałby do Drużyny Pierścienia niż do tenisa, byłem przekonany, że Jurek, najbardziej znany w świecie polski Jersey od czasów Dudka, rozbije tego konusa. Nie udało się, ale i tak złapałem tenisową zajawkę.

Od tej pory śledziłem niemal każdy turniej, przeżywając wyjątkowo mocno porażki naszych w ciepłej Australii i pomarańczowym, ceglastym Paryżu. Nie idzie, ale w Londynie załapią flow – myślałem sobie. Bo gdzie zaszaleć jak nie tu, w stolicy światowego tenisa?

Jakże się cieszę, że miałem rację! Że – bez względu na wynik dzisiejszego półfinału Murray-Janowicz – obejrzałem najlepszy turniej wielkoszlemowy w wykonaniu Polaków w historii. Jestem zachwycony prawie całą naszą drużyną:

Michałem Przysiężnym, ponieważ podnosi się po ciężkich urazach i za każdym razem na nowo wypracowuje formę, która uprawnia go do rywalizacji ze światową czołówką. Sparingpartner Radwańskiej Dawid Celt powiedział mi ostatnio, że jego zdaniem głogowianin, jeśli tylko zdrowie będzie dopisywać, może na stałe zagościć w czołowej pięćdziesiątce rankingu ATP.

– I to na lata, wyobrażam go sobie jako takiego polskiego Tommy’ego Haasa, czyli faceta grającego na wysokim poziomie do 35. roku życia – dodał Celt.

Łukaszem Kubotem, dlatego że to jeden z najbardziej zawziętych sportowców jakich znam. Zewsząd słyszę od ludzi ze środowiska, że wspaniale się prowadzi, trenuje jak szalony, zresztą od dziecka. Jako małolat wstawał codziennie po 5 rano, żeby dojechać do hali na 6 – tylko wtedy mógł spokojnie potrenować, potem zajmowały ją dzieciaki z różnych szkół. „Kubocik” zapieprzał do niej codziennie, zdarzało mu się nawet zasuwać zimą na rowerze. Gdzieś wspominał ostatnio, że ludzie patrzyli wówczas na niego jak na wariata. Jak ja się cieszę, że miał to w dupie! Dzięki swojemu upórowi i pracowitości zaszedł dużo dalej niż predestynował go do tego talent, to wspaniała, pozytywna historia.

Agnieszką Radwańską za jej waleczność, finezję, za nieprawdopodobną zdolność grania trudnych, szalonych, celnych piłek w kluczowych momentach meczu. Za grację, jaką prezentuję na korcie. Wiem, wiem, przegrała turniej życia, pokonała ją zawodniczka gorsza, która na dodatek ma uczulenie na trawę i kompleks Agi – niedawno „Isia” tak lała w jednym z meczów Sabinę Lisicki, że ta się popłakała. Jestem świadom tego wszystkiego, ale mimo to nie mogę się na nią denerwować. Więcej – wstyd przyznać, ale w trakcie tego Wimbledonu stwierdziłem, że Radwańska jest całkiem… seksowna. Dziwne to strasznie, jeszcze rok temu śmiałem się, że z wyglądu to polski Wayne Rooney, a teraz proszę, patrzę na nią z nutką podniecenia. I nie mam pojęcia, skąd to się bierze. Może to przez zmianę koloru włosów Agi? Albo po prostu dlatego, że dziewczyna gra seksi tenis?

Jerzy Janowicz – chłopak nie skończył jeszcze dwudziestu trzech lat, a już przebił Wojciecha Fibaka, który nigdy nie grał w półfinale Wielkiego Szlema. Jest tak dobry, że komentatorom tenisa z całego świata brakuje przymiotników na wyrażanie zachwytu nad Polakiem. W tej sytuacji ja, entuzjasta-amator tej dyscypliny, nie śmiem się wymądrzać na temat JJ. Powiem tylko tyle: cieszy mnie strasznie, że wreszcie nasz człowiek stał się gwiazdą poważnego sportu indywidualnego. Adam Małysz owszem, był swego czasu legendą, ale umówmy się: skoki to jest jednak inna liga niż tenis. Dzisiejszy mecz Jurka z Murray’em obejrzy pewnie więcej ludzi niż cały sezon imprez dyscypliny Kamila Stocha. Ktoś może w tym momencie stwierdzić, że przed erą Janowicza  gwiazdą światowego formatu był Kubica. Od razu mówię – nie zgadzam się z tym. Dla mnie Robert to parodysta, jeśli gościu 9 na 10 rajdów kończy z rozwalonym autem, to nie można go traktować poważnie. Gdyby Jerzy posyłał piłki z taką precyzją, z jaką nasz rajdowiec wchodzi w kolejne zakręty, zajmowałby na liście ATP pięćsetne miejsce, taka prawda.

Marcin Matkowski – bo choć jest takim grubaskiem, że łatwiej go przeskoczyć niż obejść, to jednak zawsze coś tam w tym Wielkim Szlemie ugra. Jak nie w deblu, to w mieszanej parze z jakąś laską, szanuję to, propsy.

Z całego grona naszych zawodników nie pochwalę tylko Uli Radwańskiej. Dziewczyny, która pięć razy lepiej niż na korcie wypada na fejsbukowych fotkach, na których zachwyca dobrze skomponowanym strojem i dłuuuugimi, zgrabnymi nogami. Niestety, podczas meczów ewidentnie siada jej głowa, dlatego raz po raz dostaje po tej słodkiej, niewinnej buźce od różnych półamatorek w stylu Alison Riske.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑