Test Wyszło: klasyka gier planszowych

Opublikowano Listopad 17, 2015 | przez Gofrey

Niech rzuci kamieniem, kto nigdy nie wdepnął na Wiedeń z hotelem. Niech rzuci kamieniem, kto nigdy nie „prawie-że-ułożył” dziesięcioliterowego słowa w Scrabble (ale brakowało mu „N”). Niech rzuci kamieniem, kto nie zaklął dokładnie dwie i pół sekundy po puszczeniu wieży i zrozumieniu, że ruch był fatalny. Gry planszowe. Dziś przeżywają trzecią (piątą?) młodość, powstaje ich dziesiątki, jeśli nie setki, a niektóre z nich wciągają pasjonatów na całe miesiące. My postanowiliśmy sprawdzić jednak, które z klasycznych pozycji jeszcze się nie zestarzały. Które z nich na randkę z narzeczoną? Które na pijacki wieczór z kumplami?

Magia i miecz

Legenda szkół podstawowych, w których świetlicach można było znaleźć porozrzucane karty. Stworzona przez legendę gier ze świata fantasy, Games Workshop, szturmem zdobyła serca nerdów połowy lat dziewięćdziesiątych, skąd wirusowo dotarła nawet do środowisk wówczas gustujących przede wszystkim w dresach. Gdzieś w połowie drogi między prawdziwymi „role-playing games” a komputerowymi cRPG-ami, Łączyła piękny i działający na wyobraźnię świat elfów i potężnych czarów, możliwość swobodnej gry z kumplami, a przy tym swego rodzaju prostotę, która nie wymagała pięćdziesięciu kilkugodzinnych sesji, by uratować pojedynczą księżniczkę. Do tego te ilustracje, atmosfera… Zanim Blizzard wydał kultową Diablo II, a Internet pozwolił dzieciakom naparzać się także w Counter-Strike’u, nie było chyba lepszej propozycji dla zajarańców pragnących odpocząć na moment od futbolu i bmx’ów.

Dziś? Przede wszystkim – wersji jest sporo. Naszym zdaniem najfajniej jest odbyć podróż do lat dzieciństwa i wykopać gdzieś spod ziemi tę „oryginalną” Magię i miecz, niby tłumaczenie i adaptację zagranicznego „Talismana”, ale w praktyce: odrębną grę z nieprawdopodobnym klimatem tworzonym przez stworzoną w Polsce oprawę graficzną. Warunek? Jednak sporo czasu, jednak sporo zaangażowania (kiepskie jako 30-minutowy przerywnik imprezy), jednak nie dla każdego – bo jakoś nie wyobrażamy sobie kilku przyjaciółek zaczytujących się w kolejnych kartach.

No i przede wszystkim – trzeba chyba przyszykować koło 200 złotych, jeśli nie macie jej skitranej gdzieś w szafie.


Fot. portal.strategie.net.pl

Eurobusiness / Monopoly

Najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, a na końcu wdeptujesz w Innsbruck z hotelem i musisz zastawić nawet pieprzone Saloniki za grosze. Kto tego nie zna? Kupujesz, kupujesz, kupujesz, potem budujesz, sprzedajesz, budujesz. Zaczyna się robić gorąco. W grę wchodzą coraz większe pieniądze, coraz wyższe stawki, coraz większe domki, coraz wyższe hotele. Najpierw możesz wyrzucić kością tyle oczek, ile chcesz, nic ci nie grozi. Potem wolałbyś jednak nie wdepnąć w Rotterdam. Potem już w ogóle w cały Beneluks. A wreszcie w ostatnich minutach rozgrywki musisz wyrzucić trzy – bo cokolwiek innego będzie dla ciebie oznaczać bankructwo.

Doskonały sposób na pokłócenie się z rodziną i przyjaciółmi, fenomenalna sprawa, jeśli chcesz się z kimś pobić o wirtualny hajs. A zupełnie serio już – kawał klasyki, która doskonale sprawdza się na wszystkich czteroosobowych spotkaniach. W trzy jest już słabo. Pięć nie może grać. Ale podwójna randka – czemu nie. Do tego mnogość strategii, wymienianie się, zastawianie, podkupowanie, odwieczny dylemat – inwestować czy oszczędzać. Świetna, niezobowiązująca, nieskomplikowana i dość krótka rozrywka. Choć niestety – od pewnego momentu, tego, w którym już wiesz, że nie wygrasz, rzucanie kością staje się katorgą. Z drugiej strony – bankruci, którzy cudem przeżywają kolejne tury to też wielki urok tej gry. Czy w wydaniu „eurobiznesowym”, czy jako którakolwiek mutacja „Monopoly” – warto odkurzyć.


Scrabble

Zdecydowanie rodzinna rozrywka, w której tym razem dużo zależy od szczęścia i wyobraźni. Klasyka w pełnym tego słowa znaczeniu, genialna przede wszystkim dla rodziców, którzy chcieliby połączyć zabawę z nauką u dzieciaków, które jeszcze (już) nie są znudzone piętnastoma minutami siedzenia w fotelu. Rywalizacja, szczególnie o czerwone i niebieskie pola. Możliwość zmiany losów gry jednym przemyślanym słowem. Bardzo płynne i dynamiczne zmiany planów, gdy nagle „upatrzone” miejsce na słowo „zaszłości” ktoś wykorzystuje do ułożenia słowa „rok”. Minusy? Momentami nudnawa, gdy trzeci raz losujemy tę samą literę, albo gdy kompletnie „nie idzie” karta. Do tego sporo zależy od wyobraźni wszystkich uczestników – ktoś układający bezustannie trzyliterowe potworki może zdecydowanie utrudnić, a przez to i zmniejszyć frajdę z rozgrywki. Plusy? Bawiąc uczy, ucząc bawi. Choć jest to obciążone wszystkimi konsekwencjami gier tego typu – nie są one przeznaczone dla każdego. I zdecydowanie – wymagają entuzjazmu uczestników. Jeśli jeden z graczy podchodzi do sprawy w lekceważący sposób – gra traci sens dla całej ekipy.



Szachy (w najgorszym wypadku warcaby)

A co. To już nie gra planszowa, ale sport, z drugiej strony – jest szachownica, jest rozrywka, jest możliwość gry w domowym zaciszu. Czyli zaliczamy. W odróżnieniu od wcześniejszych – tutaj mamy tylko dwóch graczy, chyba że szarpniemy się na organizację turnieju. Plusy są jasne: ta gra porywa pokolenia, pokolenia szaleją na punkcie gońców i pionków przesuwanych po planszy, stanowi fajną alternatywę dla spragnionych wojny, a przecież każdy mężczyzna nosi ją w sobie już od przedszkola. Możesz w to zagrać z ojcem i dziadkiem, czego raczej nie powiemy o „Magii i mieczu”. „Easy to learn, hard to master” – nauczenie zasad to pestka, osiągnięcie wysokiego poziomu – całe lata treningu. Tysiące możliwości, przewidywanie na kilka ruchów w przód, ryzyko, różne taktyki…

No, wojna w pigułce. Naprawdę nie trzeba dalszych reklam. Aha, są też warcaby. Ponoć grywali w to piraci, ale jako ubogi krewny szachów polecamy w ostateczności, czyli: gdy zasady szlachetnego sportu Kasparowa są nie do ogarnięcia dla jednego z grających.

Chińczyk

A właściwie jego specjalna odmiana – „Alkochińczyk”. Zasady są proste, ogólnie znane, różne wersje planszy do gry można spokojnie wydrukować. Opcja dobra dla singli z pokaźnym gronem znajomych i zasobnym barkiem. Nie jest to „Magia i miecz”, ale też ryje banię. Na szersze recenzje się nie porywamy – niestety nie jest to gra, która zapada w pamięć, jeśli wiecie, co mamy na myśli.

Tak czy owak: polecamy klasyczne planszówki. Niezależnie z kim, niezależnie jak – warto spędzić wieczór nad planszą. I wasz wzrok, i wy sami zdecydowanie odpoczniecie.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑