„The Book of Basketball” – recenzja

Opublikowano Marzec 13, 2013 | przez Redakcja

the_book_of_basketball

Oto najlepsza książka o sporcie, jaką czytałem. I, przy okazji, także jedna z najlepszych w ogóle. The Book of Basketball autorstwa Billa Simmonsa to biblia koszykówki napisana przez tak dobrego dziennikarza, że kiedy przebijałem się przez jej 700 (!) stron, co chwila robiłem przerwy, żeby zanotować anegdoty, śmieszne zdania, czy analizy tak wnikliwe i prawdziwe, jakby jej autor spędził życie pomiędzy boiskiem, pokojem z telewizorem oraz komputerem badającym statystyki NBA.

Moment… Przecież właśnie w ten sposób Simmons spędza życie! Od dziecka (i od kiedy istnieją komputery).

Idea książki jest prosta. Punktem wyjścia jest odwieczna dyskusja o tym, kto jest najlepszym koszykarzem w historii, kto jest lepszy od kogo, jak dawne gwiazdy poradziłyby sobie w tym sporcie dzisiaj i który legendarny zespół pokonałby inne w bezpośrednich starciach. Magic czy Bird? Jordan czy ktoś inny? Bulls z lat 90-tych, czy Lakersi z czasów Showtime? A jeśli Bulls, to ci z z 1991, czy 1993 roku? Jaką wartość mają w teraźniejszości szalone statystyki Wilta Chamberlaina oraz Oscara Robertsona? Jak uznać dokonania pionierów z lat 50-tych? W którym roku Charles Barkley był ostatnio szczupły?

Simmons uznał, że skoro tego rodzaju pytania są na tyle ważne, żeby latami spędzać czas kłócąc się o to z kolegami, to jest to wystarczający temat na książkę. I chwalić Pana, że tak uznał, a następnie na nie odpowiedział. Bo to pozycja ponadczasowa.

Co mi się podoba najbardziej i co odróżnia dziennikarstwo Simmonsa od polskiego, to że każda opinia jest u niego poparta twardymi danymi. W tej książce nie ma miejsca na dobrze nam znane bzdury w rodzaju: „X potrafi uderzyć zza pola karnego rzucić zza linii 3 punktów”, podczas gdy liczby mówią, że jego skuteczność jest na poziomie 30%. Tam są szokujące często odwołania do matematyki, do liczb, które czytający kibice NBA dziś znają w odniesieniu do dzisiejszych czasów. Ale udowodnienie, że Isiah Thomas był słabym strzelcem dystansowym, a duża część legendy Reggiego Millera to, no cóż, legenda? Że gracze tacy, jak Karl Malone, czy Patrick Ewing (Ewing! W latach 90-tych wydawał mi się największym centrem w historii… do momentu przyjścia Shaqa) nie zasługują na miano legend ze względu na bardzo słabe – pokazane na cyfrach! – zdobycze w końcówkach ważnych spotkań? Że ogromna część punktów i zbiórek Wilta Chamberlaina była po złapaniu nad koszem opadających już rzutów jego partnerów z drużyny i przekierowaniu ich w locie do siatki (dziś nielegalne – offensive goaltending)? Zdeprecjonowanie jego historycznych średnich punktów, asyst i zbiórek na podstawie przytoczenia danych o wzroście (i kolorze skóry) oraz atletyźmie (sorry: braku atletyzmu) jego konkurentów?

To są osiągnięcia, które się czyta, trawi i od razu rozumie. Kiwa głową, z niedowierzaniem doceniając research, który autor zrobił.

Wiecie, to jest książka, w której Simmons bierze legendę i pisze: „Obejrzałem kilkadziesiąt archiwalnych, czarno-białych taśm z 1960 roku i wbrew powszechnie panującej opinii, X był lepszym blokującym ze względu na średnią piłek, która po jego bloku trafiała w ręce partnerów lub kończyła się zdobyciem kosza, podczas gry u zawodnika Y średnia ta jest o wiele niższa mimo, iż samych bloków miał o liczbę Z więcej”. Cudowne.

Albo: „Zawodnik X był świetny w momentach meczów, w których jego drużyna prowadziła, natomiast gasł w tych okresach, w których wynik był wyrównany albo przegrywali maksymalnie 5 punktami, a do końca meczu było mniej, niż 2 minuty”.

To nie są rzeczy, które się dzisiaj wie, naprawdę. To trochę tak, jakby wziąć pod lupę te sto kilkadziesiąt bramek Tomasza Frankowskiego i powiedzieć: „56% z nich padło w momencie, kiedy jego drużyna prowadziła już wyżej, niż dwoma bramkami i Frankowski nie zdobył ani jednej z nich, a tylko 12% goli „Franek” zdobył na 1:0, 1:1 lub 1:2 w meczach, które jego drużyna wygrała”. Widzicie, o czym mówię? Skarbnica wiedzy, z którą nie ma nawet jak polemizować. Momentami czytałem jakieś zdanie, pojawiała się w nim zapowiedź jakiejś tezy i gdy tylko przez myśl przebiegała mi myśl o tym, że cholernie chciałbym natychmiast przeczytać rozwinięcie, ono znajdowało się albo tuż obok albo w kolejnych rozdziałach. Powtórzę: ta książka ma 700 stron. Tu naprawdę nie ma niedopowiedzeń. Chcesz zrozumieć wielkość Larry’ego Birda? Zrozumiesz.

(Właśnie wróciłem do pisania tego tekstu po półgodzinnym oglądaniu skrótów najlepszych meczów Michaela Jordana).

Cała ta ultrakompetencja The Book of Basketball nie wymaga przy tym wcale wielkiej wiedzy koszykarskiej, raczej pogłębia ją stale i skłania do nauki. Ja dzięki niej zacząłem oglądać filmy o taktyce i poradniki ofensywy trójkątów. Wiele razy przerywałem czytanie, żeby odnaleźć w sieci dany fragment meczu, co jest o tyle łatwiejsze, że jeśli wejdziesz na tę stronę, zobaczysz youtubowe materiały ilustrujące opisywane momenty. Apetyt na koszykówkę wzrasta tu w miarę czytania, szczególnie, że to nie jest czysto trenerska wiedza. Równie istotne są opisy mentalności zwycięzców takich, jak Jordan, czy Russel. Duża część książki poświęcona jest temu, co znaczy mieć psychikę mistrza i która z legend posiadła ją w największym stopniu. Bardzo duża część. Dzięki temu doceniłem kilku graczy, którzy statystycznie nigdy nie nawiązywali walki z najlepszymi, ale po przeczytaniu konkretnych rozdziałów staje się jasne, że byli to sportowcy wielcy przez duże W.

Sam Simmons dokłada do tej gargantuicznej ilości wiedzy samego siebie i jest to świetna, choć w polskim dziennikarstwie sportowym niecodzienna, rzecz. Przede wszystkim nie ukrywa on, że jest fanem Boston Celtics, że wychował się w ich hali, że wielu graczy nienawidził, a innych – kochał. Natomiast zamiast osłabiać, buduje to jego wiarygodność. Mówimy o człowieku, który obejrzał przez lata pewnie kilkanaście tysięcy meczów, z czego dużą część z trybun.

W żadnym jednak momencie nie odniosłem wrażenia, żeby to wpływało na obiektywną klasyfikację zawodników lub drużyn. Simmons nie cierpi Kareema Abdul-Jabbara, ale umieścił go w piramidzie gwiazd w należnym mu miejscu. Był zakochany w Billu Russelu i wątek sportowej etyki, ducha zwycięstwa i zespołowego grania tego wielkiego centra przewija się przez wszystkie chyba rozdziały, natomiast ciężko się choćby lekko skrzywić na miejsce, które zajmuje on w rankingu.

Autor książki jest też mistrzem przypisów. The Book of Basketball mogłaby się w zasadzie składać tylko z nich – i też byłaby warta swojej ceny. Historie, anegdoty, odwołania do popkultury, osobiste poglądy – tam się toczy komedia i ciężko się oprzeć jej urokowi, tym bardziej, że jest pełna autoironii, szczególnie w momentach mówiących o uzależnieniach od hazardu.

Książka Simmonsa sprawiła też, że jestem właśnie w trakcie czytania kolejnej – The Jordan Rules. Obudziła u mnie głód nauki o sporcie, której nie zaspokajają, niestety biografie piłkarzy. Taką właśnie biblię chciałbym przeczytać o polskiej piłce nożnej. Deyna czy Boniek? Legia z lat 90-tych, czy Wisła Żurawskiego i Frankowskiego? Czy Deyna poradziłby sobie dzisiaj? A Lato? Czy gole Ernesta Pola były warte tyle samo, co gole Lubańskiego?

Cudowne. Widzę to. Chcę to. (Oraz: zaktualizowaną wersję The Book of Basketball. CO SEZON).

Komentarze

Bill Simmons: "The Book of Basketball"

Fachowość i wiedza
Poczucie humoru
Łatwość w odbiorze
Aktualność

Podsumowanie: Napisana świetnym językiem i wsparta niesłychaną wprost wiedzą biblia koszykówki, której lektura zachwyci każdego, kto kocha NBA. A w szczególności tych, którzy wychowali się na jej meczach pokazywanych w latach 90-tych w TVP. Wartość nostalgiczna: wysoka.

4.8

Najlepsza książka o koszykówce



Tagi: , , ,



Back to Top ↑