Miał być hit, wyszło bez szału – cała prawda o „The Following”

Opublikowano Luty 1, 2013 | przez Dżordż

the-following1

Kto liczył, że ten serial wywróci jego filmowe życie do góry nogami, ten musiał się nieco zawieść. „The Following”, typowany przez Amerykanów na hit tej zimy, to nie jest fantastyczna produkcja, o której ludzie mówiliby w autobusach. Po obejrzeniu dwóch odcinków wypuszczonych na rynek dochodzę do wniosku, że oto mam przed sobą przyzwoity wyrób, taki na 3+, ale nic więcej.

Jestem już znużony serialami, w których na początku odcinka ktoś ginie, a potem przez kilkadziesiąt minut błyskotliwi policjanci ze swoimi szalonymi konsultantami szukają winnego. „The Mentalist”, „Castle” czy „Criminal Minds” to pozycje do których ciągle mam sentyment, jednak po kilku sezonach stają się nudne. No bo ileż można oglądać tę samą historię  (śmierć, śledztwo, rozwiązanie zagadki) opowiedzianą po prostu w nieco inny sposób?

W „The Following”  zmieniono  nieco panujący od dawna w Hollywood schemat – od początku wiemy, kto jest zabójcą, a główny wątek snuje się wokół innych kwestii. I to jest fajne.  Na plus można też zapisać twórcom serialu, że przekonali do wykreowania głównej roli faceta znanego głównie ze srebrnego ekranu – Kevina Bacona. Raczej rzadko zdarza się, żeby aktor tego kalibru grywał w TV.

Minusów w  „The Following” dostrzegam jednak o wiele więcej niż pozytywów. Głównym jest to, że serial nie ma swojego niepowtarzalnego, oryginalnego klimatu, który posiada każdy wielki hit, jak np. „Rodzina Soprano” czy „Homeland” . Kiedy obserwujesz jak emerytowany agent FBI (właśnie Bacon) wdaje się w intelektualną wojnę z profesorem literatury-seryjnym mordercą, dochodzisz do wniosku, że widziałeś już tego typu pojedynki w dziesiątkach filmów. I że ta kopia wcale nie jest specjalnie bardziej udana od poprzednich. Szczególnie, że brakuje jej tego, co posiada teraz niemal każdy szanujący się serial: charakterystycznych postaci drugoplanowych. Ja po dwóch odcinkach nie zapamiętałem ani jednej z nich.

W sumie także główni bohaterowie nie powalają. Bacon gra trochę tak, jakby ktoś kazał mu wystąpić w serialu za karę, w wyniku przegranego zakładu. Nie popisuje się też Jamesa Purefoy’, filmowy wróg numer 1 naszego agenta. Mam wrażenie, że ten aktor umie sprzedać publice tylko typowy zawadiacki uśmiech ciemnowłosego przystojniaka, którym posługuje się do znużenia. Oglądanie go po piętnastu minutach robi się bardziej monotonne niż patrzenie na mecz III ligi polskiej.

Mimo tych wszystkich wad, serialo-maniaków zachęcam do włączenia pierwszego odcinka „The Following”. Jeśli nie znudziły was te kryminalno-intelektualne gierki na linii glina-przestępca, możecie się w miarę wciągnąć. Ale na pewno nie tak, żeby zarywać noce dla Bacona i spółki budząc przy okazji sąsiadów głośnymi okrzykami „wow!”.

 

 

 

 

 

Komentarze

Kevin Bacon
Zwroty akcji
Stopień pojebania seryjnego mordercy
Dialogi

Podsumowanie: Seryjny morderca skupia wokół siebie wyznawców, gotowych dla niego na największe nawet poświęcenia, z mordowaniem ludzi włącznie. Pomysł mało oryginalny, wykonanie też nie rzuca na kolana.

3.3


Ocena użytkowników: 3.5 (5 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑