Tłusty czwartek to zaledwie marna pozostałość po dawnej, tygodniowej balandze…

Opublikowano Luty 12, 2015 | przez lucky bastard

eecbeb50c0611334aebe93f6b6db8c2d(1)

Ależ popsuł nam się ten tłusty czwartek! To mogło być – i kiedyś było – takie fajne święto. Dzisiaj nasze brzuchy będą pękać od łakoci, a dawniej pękały w szwach gospody i pijalnie. Imprezy wylewały się na ulice, biesiadowano przez kilka dni, a prominentni sztywniacy pomstowali na to, co też znowu wyczynia tłuszcza. Trzeba powiedzieć jasno: tłusty czwartek to wnuk prawdziwego imprezowego zwierzęcia, którego tempa nie wytrzymaliby pewnie najbardziej zaprawieni we współczesnych całonocnych balach goście.


Posłuchajcie tylko: obchodzone przez was dziś święto otwierało Tłusty Tydzień. Tuż po nim następowało czterdzieści dni postu, którego wówczas dość powszechnie przestrzegano, więc trzeba było się wcześniej naszaleć za – zaokrąglając – dwa miesiące. Kościół dawał przyzwolenie, włączał tygodniowe szaleństwa (okres „mięsopustu”) w swój terminarz, co także miało wtedy wyjątkowo istotne znaczenie, bo biesiadnikom pozwalano na więcej. Niektórzy obrońcy moralności co prawda się wpieniali, taki choćby Mikołaj Rej mówił „W niedzielę mięsopustną, kto zasię nie oszaleje /…/ twarzy nie odmieni, maszkar, ubiorów ku diabłu podobnych sobie nie wymyśli, już jakby nie uczynił chrześcijańskiej powinności dosyć”, ale jednak były to głosy odosobnione. Reszta dawała ludziom żyć, wybawić się też przecież trzeba.

Jak to wyglądało? Nie czekano na zmrok, w tłusty czwartek zbierano się już od rana i gromadami chodzono po ulicach. Balowano na nich tańcząc, śpiewając i oczywiście nieustannie wszystko kropiąc kielichami. Dominującym trunkiem było piwo oraz wódka. Zjawiali się uliczni kuglarze, wróżbiarki, cyganie. W niektórych regionach, szczególnie wiejskich, miała miejsce interesująca tradycja – chodzono wspólnie od domu do domu, a zabawiano w jednym tak długo, aż zjedzono i wypito w nim wszystko, co tylko się dało. To jest prawdziwy duch imprezowicza! Chyba nie docenialiśmy naszych przodków.

No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim pączki? Przecież jakiś związek musiał być, skoro do dziś przetrwała ta tradycja. Cóż, wtedy były obecne, owszem, ale jako jeden z elementów „przegrychy”. Daniem głównym było jednak tłuste mięso wszelkiego rodzaju. Kapusta ze skwarkami, zupy (choćby bardzo gęsty żur), wieprzowe żołądki nadziewane kaszą (nazywane kameralnie „maćkami”) i pączkopodobne produkty były tylko dodatkiem.

Piszemy pączkopodobne, bo nie da się ukryć, że ówczesne pączale w zdecydowanej większości mocno różniły się od tych, które zajadamy dzisiaj. A to nadziewane były słoniną. A to, jak pisał Jędrzej Kitowicz, „specjałem tym można było nabić guza i podsinieć oko”. Standardy cukiernicze wyznaczano natomiast w dużych miastach, o warszawskich pączkach mówiono, że mają być tak lekkie, aby „wiatr mógł je zdmuchnąć z półmiska”.

Z tradycji tygodniowej imprezy, hektolitrów alkoholu i niekończących się maratonów tanecznych zostanie marne 2,5 pączka, które zje dzisiaj przeciętny Polak. Trochę szkoda tamtego rozmachu. Wyobraźcie sobie tydzień wolnego, nakazany odgórnie, tak jak ten w Wielkanoc czy Boże Narodzenie, w którym cała Polska baluje ile sił w płucach, gardłach i nogach…

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑