Najlepszy komediowy serial w historii dobiegł końca. Żegnajcie Ted, Barney, Marshall, Robin i Lily

Opublikowano Kwiecień 3, 2014 | przez ZP

Farhampton

Kiedy kilkanaście miesięcy temu usłyszałem, że w Ziemię może przypieprzyć asteroida, która załatwi nas wszystkich, moja pierwsza myśl była mniej więcej taka: o nie, zginę nie wiedząc jak Ted poznał ich matkę. Dziś mogę już spokojnie umierać – kilkanaście minut temu poznałem odpowiedź na pytanie, które nurtowało mnie o wiele bardziej niż tak błahe sprawy, jak to czy istnieje życie poza nasza planetą albo co tak naprawdę dzieje się w Trójkącie Bermudzkim.

Dziewięć lat emisji. 212 odcinków. W trakcie trwania tego serialu zdążyłem zaliczyć piękny, trzyletni związek, zmienić  cztery razy pracę, przytyć 12 kg, a potem schudnąć 13. W moim życiu działy się rzeczy mniej i bardziej poważne, ale jedno się nie zmieniało – ONI cały czas byli obecni. W efekcie zacząłem traktować ich trochę jak… członków rodziny? Przyjaciół? Wzory do naśladowania?

Barney’a pokochałem za niewyczerpaną inwencję w podrywie kobiet, zdolność tworzenia epickich haseł (Have U met Ted?; It’s gonna be legen WAIT FOR IT… dary!) oraz umiłowanie kompletnie dziwacznych hobby (chadzanie na imprezy… Wrestlers vs Robots). Niesamowite jest też to, że kreujący postać Neil Patrick Harris to gej. Koleś woli facetów, a mimo to jest genialny w roli podrywacza kobiet. A może właśnie dlatego? Mógł stworzyć postać na kompletnym luzie, na pewno miał na planie niezły ubaw.

Lily i Marshall… czy świat widział większą parę słodziaków? W stosunku do siebie czuli, wyrozumiali i opiekuńczy, ale jednocześnie złośliwi dla Teda czy Barney’a kiedy wymaga tego sytuacja.

Robin – kobieta z trzeciego świata, zwanego potocznie Kanadą. Policjanci jeżdżą tam na koniach, śnieg pada 367 dni w roku, a faceci grają kijami w jakąś dziwną dyscyplinę sportu zapieprzając na łyżwach po lodzie. W tej sytuacji można spokojnie stwierdzić, że dziewczyna pasuje do szacownego grona nowojorskich freaków z serialu.

No i na deser Ted. Pocieszna pierdoła. Wieczny romantyk. Miłośnik czerwonych kowbojskich butów, przenudnych anegdot ze świata architektury oraz przemówień na weselach innych, podczas których łatwo się wzrusza.

Czy można było sobie wyobrazić lepszy skład? Drużyna Pierścienia, Backstreet Boysi, a nawet FC Barcelona z czasów Guardoli nie mają szans z tymi wariatami. Scenarzyści serialu stworzyli prawdziwe arcydzieło. Kiedy trzeba lekkie i dowcipne, gdy sytuacja tego wymaga pouczające i mądre. A czasem drwiące w błyskotliwy sposób z naszych małych dziwactw. Umówmy się: wszystkie sezony, no może poza ósmym, trzymają równy, wysoki poziom.

Doprawdy niewiele istnieje na tym świecie seriali komediowych, które mogłyby się równać z HIMYM. The Bing Bang Theory? Dobre, ale nie aż tak. No to może Californiaction? Już bardziej, choć Hank Moody nie jest w sztuce podrywu tak biegły jak Barney. Tak samo jak Ross z „Przyjaciół”, będący rzeczywiście wyjątkowym romantykiem, nie wszedł chyba na poziom słodkopierdzenia Teda.

Mimo że uwielbiam „How I Met Your Mother”, to… cieszę się, że serial już się skończył. Dlaczego? Bo jak mawia mój kolega „co za dużo to i świnia nie chce”, a jak śpiewał Grzesiek Markowski „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Nie było sensu tego przedłużać, serial to nie jest stosunek seksualny. 212 odcinków to i tak wystarczająco wiele, by za pięć, dziesięć i piętnaście lat wrócić do „Jak poznałem Waszą matkę” po raz kolejny i znów mieć za sprawą tych fenomenalnych bohaterów ubaw przez kilka dobrych tygodni.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑