To mógł być najlepszy film Tarantino od czasu „Pulp Fiction”. Niestety, na finiszu zabrakło pary…

Opublikowano Styczeń 18, 2016 | przez ZP

samuel-j-jackson-nienawistna-ósemka

Każdy film Tarantino widziałem od pięciu do kilkunastu razy, scenariusz „Urodzonych morderców” wydrukowałem w liceum i czytałem do poduszki. Znam historię papierosów „Red Apple”, wiem, że w „Pulp Fiction” pójście do kibla jest zwiastunem śmierci, że wszystkie filmy Tarantino odbywają się w jednym uniwersum, że tylko Quentin w Hollywood ma dość jaj i błyskotliwości by nazwać miejscowość Buttafucco. To jednak, że mam odwagę nazwać się koneserem jego twórczości i dwie produkcje spod znaku QT znalazłyby się w moim prywatnym top 10 wszechczasów, nie sprawia wcale, że oglądam jego filmy ze ślepą fascynacją.

Tak, nic innego w kinie nie ekscytuje mnie bardziej niż wieść, że będzie nowy Tarantino, ale też to oczekiwanie i taka znajomość tematu śrubują wymagania. Dlatego choć „Nienawistna ósemka” to film bardzo dobry, do którego będę wracał, to jestem na nią wściekły: siedząc na skraju fotela w połowie filmu zastanawiałem się, czy to nie najlepsze co Quentin zaproponował od czasu Pulp Fiction, by później obserwować jak na finiszu cacko rozlatuje się w szwach, dostaje po kolanach.

„Nienawistna ósemka” osadzona jest na pomyśle genialnym. Nie przesadzam ani na jotę, naprawdę tak uważam: banda skurczybyków zamknięta wspólnie w gospodzie podczas zamieci śnieżniej, gdzie nie masz pojęcia kto kim naprawdę jest i po co tutaj się znalazł, to spektakularny materiał do obróbki dla wprawnego twórcy. Można z niego wycisnąć arcydzieło. Oglądasz, jak Michael Madsen mówi Kurtowi Russellowi znad typowo madsenowskiej miny typu „spaliłem dzisiaj sierociniec dla zabawy”, że przybył tu bo jedzie odwiedzić mamuchnę, i wiesz, że nie on jeden – wybaczcie – leci w chuja. Film mistrzowsko rozstawia szachownicę, kreuje klimat odizolowania, tworzy mały, zamknięty świat, ale jakie reguły nim rządzą – to jest kwestią dochodzenia widza. Staramy się wraz z bohaterami rozszyfrować kto jest z kim, kto jaki ma interes by tu być, obserwujemy powstające i rozpadające się sojusze – trzeba przyznać, że widz zostaje wprowadzony w stan pointrygowania, zagubienia, co jest bezcenne w czasach, gdy co drugi obraz prowadzi jak po sznurku i wszystko da się przewidzieć już po minucie. Do tego ta szachownica podlana jest typowym sosem ala Tarantino, żartami i smaczkami jakie zostają w pamięci (drzwi w gospodzie, Bob albo list do Lincolna wśród moich faworytów).

Problem jest jednak zasadniczy: „Nienawistna ósemka” wykłada karty na stół o wiele za wcześnie i w sposób zbyt trywialny. Sama pozbawia się w pewnym momencie swoich atutów, niemal wszystkiego, co trzymało na skraju fotela.

Trzeba przywołać „Wściekłe Psy”, które również w większości toczyły się w jednym pomieszczeniu, a również których fundamentem była podobna gra cieni. Tam również staraliśmy się rozstrzygnąć co jest grane, kto z kim przystaje, jak naprawdę wygląda rzeczywistość. „Psy” zdradzają widzom co i jak mniej więcej w połowie, ale nie zdradzają układu bohaterom filmu, przez co do ostatniej sekundy, aż do wystrzału z broni Harveya Keitela, nic nie jest pewne.

Niestety, „Nienawistna ósemka” nie trzyma dyscypliny do samego końca. Decydujące i zdradzające wszystko strzały padają o wiele wcześniej, a fascynująca rozgrywka zostaje zastąpiona basenem sztucznej krwi. Szachownica leci przez okno, a z filmu ucieka powietrze, choć właśnie wkracza w fazę, w której to napięcie powinno tylko narastać.

Mogę tu przytoczyć istotny przykład z Django. Gdy w „Django” pojawił się sam Tarantino na ekranie, film dostał kulkę. Django, skazany na całe życie najcięższych, najokrutniejszych robót, tak potwornych, że gorszych niż śmierć w torturach, uwalnia się od wiozących go do paki w banalny sposób. Więcej – dają mu bez wahania gnata do ręki! Choć przecież wiedzą, że wiozą sukinsyna nad sukinsyny, który wymordował już masę ludzi. Jest to element skrajnie niewiarygodny. Punkt zwrotny zbudowany na tandetnym, tanim chwycie, który przeszedłby może w filmie klasy C, ale nie w obrazie, który poprzednie dwie godziny poświęcił na budowaniu gęstego napięcia i inteligentnej rozgrywce między bohaterami. Ten sam zarzut można wytoczyć wobec „Nienawistnej ósemki”, tu też praktykowaną wcześniej inteligentną rozgrywkę przekłuto maczetą. Tak jakby Tarantino zapędził się w kozi róg, nie wiedział jak z niego wybrnąć i powiedział: a, trudno, i tak jest całkiem nieźle.

Nie mam nic wobec hektolitrów krwi lejących się z ekranu, we „Wściekłych psach” też człowiek wychodził z seansu z czerwonymi plamami na koszuli. Ale tam przemoc służyła budowaniu napięcia, służyła najważniejszym rozstrzygnięciom. Tutaj wszystko co najistotniejsze dzieje się wcześniej, a później mamy po prostu epatowanie krwią dla samego epatowania, bez głębszej substancji jak to miało miejsce dawniej, także w „Pulp Fiction”.

Nie zrozumcie mnie jednak źle: to co dobre w filmie, jest naprawdę cholernie dobre. Do pewnego momentu poziom jest stratosferyczny i warto to przeżyć, rozsmakować się w tym, utonąć. Scenografia zachwyca, oddana jest z wielką troską o szczegóły. Nastrój odizolowania jest namacalny (trochę zalatuje „The Thing”), naprawdę czujemy się tak, jakbyśmy byli pozbawionymi głosu, ale też uwięzionymi w gospodzie bohaterami. Gra aktorska porywa, Samuel L. Jackson daje swój popis, tak samo Kurt Russel (według mnie nawet lepszy tu niż Jackson), odkrycieł jest Walter Goggins. Można narzekać, że większej partii nie dostali Roth i Madsen, ale to co dostali grają świetnie.

Jaki wyrok nad „Nienawistną ósemką”? To film, do którego będę wracał, to film, który zobaczyć warto. Jest unikalny i zupełnie inny niż typowa kinowa papka. Tarantino nie zdradził swoich ideałów, to bardzo „jego” film. Nie mogę jednak wybaczyć, że miał potencjał na wybitność, ale na finiszu brakło pary, dyscypliny, i zamiast pedału gazu do dechy, na koniec jedziemy 50 na godzinę, a wycieraczki zawzięcie pracują byśmy dojrzeli cokolwiek w deszczu sztucznej krwi.

Komentarze

List od Lincolna
Opowieść Samuela L. Jacksona
Forma Kurta Russela
Trzeci akt

Podsumowanie: To film, do którego będę wracał, to film, który zobaczyć warto. Jest unikalny i zupełnie inny niż typowa kinowa papka. Tarantino nie zdradził swoich ideałów, to bardzo "jego" film. Nie mogę jednak wybaczyć, że miał potencjał na wybitność, ale na finiszu brakło pary, dyscypliny, i zamiast pedału gazu do dechy, na koniec jedziemy 50 na godzinę, a wycieraczki zawzięcie pracują byśmy dojrzeli cokolwiek w deszczu sztucznej krwi.

4


Ocena użytkowników: 3.4 (51 głosów)

Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑