To naprawdę jest nowa generacja. A i w sumie udany film

Opublikowano Kwiecień 10, 2016 | przez Gofrey

hardcore-henry-006

Musiało do tego w końcu dojść. Trójwymiarowy efekt fundowany przez okulary jest w porządku, ale w czasach kamerek montowanych na głowie kwestią czasu był film w całości pokazujący wydarzenia z perspektywy oczu bohatera. Gry komputerowe wpadły na ten patent jakoś pięćdziesiąt lat temu, w piątek wreszcie dogoniły je również rodzime kina. Na ekrany wszedł „Hardcore Henry”.

Oczywiście ta rewolucyjność jest pewnie pozorna, w końcu fragmenty „FPP” pojawiały się już dużo wcześniej, ale rosyjska fantazja po raz pierwszy nakazała iść na całość i nawet na chwilę nie opuszczać głowy głównego bohatera. To najważniejsza informacja, to wabik dla widzów, to jedyne, czym chwali się film w materiałach promocyjnych. Widok z oczu cyborga Henry’ego w dodatku wrzuconego w środek tak pokręconej akcji science-fiction, że w okolicach piątej minuty filmu zaczynamy się zastanawiać, jak daleko zaszedł dzisiejszy przemysł narkotykowy, skoro twórcy są w stanie wznieść się na tak szalone poziomy oryginalności.

Przyznajemy – do kina szliśmy bardzo nieśmiało. Rosyjsko-amerykańska produkcja była wprawdzie dość szeroko prezentowana w Internecie, obszerny fragment jednej z finałowych walk stał się viralem ponad dwa lata temu, a zbiórka kasy na niezależną produkcję wymuszała na autorach uchylanie kulisów na długo przed premierą, ale mimo to – nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Taki „Bad motherfucker” na przykład. Jedno z pierwszych dzieł Ilji Najszullera to klip do piosenki własnej kapeli zrealizowany kamerkami zamieszczonymi na hełmie, dzięki którym otrzymaliśmy pięć minut totalnej jazdy bez trzymanki do ostrej muzyki. Fabuły w tym za wiele nie było, za to humoru oraz dynamiki – tony.

Ale tamten klip to tylko klip. Tutaj zamiast 5 otrzymywaliśmy 95 minut, tutaj nie wystarczyło już tylko błysnąć widokiem z pierwszej osoby i totalnym rozpierdolem na ekranie. No i jednak: gdy widzieliśmy odstrzeliwanie kukiełek na placu budowy w najobszerniejszym z trailerów, baliśmy się, że zza rewolucyjnej otoczki będą wystawać rosyjskie, paździerzowe płyty. Że garnitury agentów atakujących bohatera będą miały nieoderwane metki, a pistolety będą plastikowe. Że fabuła będzie możliwa do streszczenia w czasie szybszym, niż objaśnienie na czym polega skrót FPP laikowi.

Wspomniany klip tego samego autora.

Błąd. Błąd. I trzeci raz błąd. Choć film robiono po kosztach, choć widać w wielu miejscach przycinanie budżetu, ani razu nie zgięliśmy się w pół na widok ketchupu zamiast krwi. Choć film bazuje na dynamice, nie da się powiedzieć, że nie ma fabuły. Ba, zapewne fani kinematografii nie do końca to docenią, ale już miłośnicy gier komputerowych poczują się jak w domu. Zwroty akcji? Checked. Świeży pomysł na odświeżenie tandemu naukowiec-gość z pistoletem? Obecny. Oryginalne, nawet bardzo oryginalne zakończenie? No a jak. Choć wprowadzenie do fabuły (czas do pierwszego prania się po mordach) trwa może ze trzy minuty, z czasem okazuje się, że zaznaczone mimochodem wątki mają na celu prezentację większej całości. Gdy już jesteśmy pewni, że twórca postawił na jak najbardziej efektowne przejście z punktu A do punktu B, okazuje się, że dalej kryje się jeszcze C, D i E.

631333_1.1

Jasne, nie mamy tutaj bohaterów trzeciego planu, nie mamy tutaj zagadek, które mozolnie stara się rozwikłać grupa bohaterów. To wciąż raczej „FPS” niż przygodówka, by trzymać się komputerowych nawiązań. Ale paździerzu nie ma, taniochy, prostoty też się raczej tutaj nie dopatrzymy. A nawet jeśli – jest do cna ironiczna, przerysowana, utrzymana w konwencji pastiszu. Część gagów czy naprawdę zabawnych dialogów mogłoby spokojnie zostać przeniesionych do „dużego” kina w jakąś komedię sensacyjną, albo wręcz parodię w klimacie „Nagiej Broni”. Zresztą, tu też czuć komputerową rękę. Postacie przelatują przez ekran w wyjątkowo szybkim tempie, więc każda z nich jest bardzo mocno zarysowana. Jimmy w burdelu w majtkach w panterkę z dwiema spluwami i nienagannym brytyjskim akcentem to jest Guy Ritchie z Quentinem kiwającym w zrozumieniu głową.

No właśnie. Jimmy. To kolejny bardzo mocny punkt filmu. Sharlto Copley zagrał brawurowo, nie będziemy zamieszczać tutaj spoilerów, ale to, co uczynił z rolą „przyjaciela bohatera” to pieprzone mistrzostwo świata.

Dla fanów gier komputerowych, rzucania po lokacjach i walk z bossami na koniec każdej misji – pozycja obowiązkowa. Dla miłośników kina akcji – wartościowa ciekawostka i spoiler z przyszłości, gdzie podobnych filmów będzie z pewnością więcej. Dla dzieci – wstęp wzbroniony. Dla osób mających problemy z równowagą – tym bardziej. To zresztą jedyny minus. Widok z oczu bohatera skazuje nas na to, że momentami nie widać nic, połowę, albo ciemne stopy na czarnym tle.

Ogółem: udało się zrobić klip do bardzo fajnych piosenek (ścieżka dźwiękowa i dobranie jej do momentów filmu – bajka), który trwa 96 minut. Udało się zrobić grę komputerową, w której nie możesz sterować bohaterem i właściwie ci to nie przeszkadza. Udało się zrobić film z bardzo szczątkową fabułą, która i tak zaskakuje.

Czyli: udało się zrobić coś wyjątkowego i fajnego.

Komentarze

Tempo
Jimmy
Stabilność i logika
Zabawa

Podsumowanie: Choć film robiono po kosztach, choć widać w wielu miejscach przycinanie budżetu, ani razu nie zgięliśmy się w pół na widok ketchupu zamiast krwi. Choć film bazuje na dynamice, nie da się powiedzieć, że nie ma fabuły. Ba, zapewne fani kinematografii nie do końca to docenią, ale już miłośnicy gier komputerowych poczują się jak w domu.

4


Ocena użytkowników: 5 (2 głosów)



Back to Top ↑